Kupa i siku

Też w maju 2020. Maj w ogóle był intensywny, działo się. Pogoda pozwalała, Serwański więc z rozmachem na kilku frontach naraz. Wylewka na podłodze wiązała, na salony wchodziłem więc rzadko – ale była robota na zewnątrz. W tym samym czasie, krótko po podłączeniu wody, wydarzyły się dwie istotne rzeczy:

  • dotarła przesyłka z pompa ciepła (o tym to jednak osobny wpis popełnię)
  • dotarła ekipa do posadowienia oczyszczalni (tzw. przydomowej oczyszczalni ścieków)

Jako że kwestia oczyszczalni ścieków istotna jest, a nadal zainteresowanie budzi – zwłaszcza w okolicy gdzie społeczność żyje cotygodniowymi wybuchami złości bo ‚.. znów *ski zrzucił ścieki do kanału..’ i ‚..kogo wezwać do pilnego opróżnienia szamba?’, pozwolę sobie wyrazić się literacko. Otóż było tak.

Kanalizacji gmina nie ma. Nie spodziewa się też szybko. Powiem więcej, poznawszy relację miedzy posiadaniem kanalizacji i ceną za wodę, ścieki i wywóz śmieci to nie pali mi się już do kanalizacji gminnej 🙂 No i wiedząc że kanalizacji niet, do wyboru miałem staropolskie szambo (~4k pln), ewentualnie nowomodną tzw. przydomową oczyszczalnie ścieków. (~14k pln). Policzywszy TCO, wyszło mi 3,6k pln dla tradycji (300 zeta za wywóz 4 metrów aromatu co miesiąc) i 0,6k pln dla nowoczesności (150 zeta za wywóz tzw. twardego osadu raz na 3 miechy), także.. budżet się znalazł. Nadszedł etap szukania wykonawcy oczyszczalni.

Okazało się ze modeli oczyszczalni jest jak krowich placków na łące. Kiedy w trakcie przeglądania funkcji doszedłem do urządzeń z wifi, coś mi pykło i się cofnęło – i zacząłem czytać nie tylko o cenach, ale też o sposobie działania, i okazało się że produkty jelitowe mają w oczyszczalniach nie jak onegdaj pod krzakiem, ale jak kobieta u fryzjera – gmeranie, głaskanie, dmuchanie, grzanie, tryskanie chemią.. Uzyskawszy przyspieszony doktorat wybrałem model bez elementów ruchomych, za to z dobrymi opiniami, oraz tylko jednym elementem potencjalnie awaryjnym, mianowicie – nomen omen – dyfuzorem. Dla zafascynowanych w dalszej części wpisu dodam garść teorii działania, zapewniam że warto przeczytać 🙂 .

Wybrany wykonawca instalacji bardzo mi podpasował – młody gość, pomijam że z wiedzą techniczną i bez sales-bełkotu, ale autentycznie przygotowany. nie musiałem wiedzieć nic o formalnościach, miał przygotowane formularze właściwe dla ‚mojego’ starostwa (..niech Pan sprawdzi też w internecie bo może ktoś coś zmienił, ale powinny być ok..), miał gruby na średnicę rury w kiblu plik papierów technicznych dotyczących oczyszczalni (..bo wie Pan, czasem wymagają, Pan im da wszystko i się zniechęcą..), uprzejmie kiwał głową kiedy Serwański roztaczał wizje drenażu na płaskim terenie działki, nie czepiał się moich rysunków ‚projektowych’, i jak ostatecznie uzgodniliśmy warunki, pomógł przygotować komplet śmiecia do złożenia do starostwa celem uzyskania zgody na posadowienie przydomowej oczyszczalni ścieków.

Zebrawszy 1800 gram makulatury w poważnie wyglądającą teczkę zawiozłem całość do starostwa. Jak zrozumiałem, ciąg dalszy zabawy polegał na tym że inwestor czeka 3 tygodnie, i wydarza się – na ogół – jedno z dwóch: albo inwestor nie doczeka się odpowiedzi i uznaje to za tzw. ‚milczącą aprobatę’ na podstawie której robi to o czym poinformował, albo – przekonany że wszystko jest ok – umawia się z wykonawcą na pojutrze, a jutro ma telefon ze starostwa że jednak coś jest nie tak i musi poprawić. u mnie, jak zwykle, było jeszcze inaczej, otóż odczekawszy 3 tygodnie bez uwag ze strony starostwa pozwoliłem sobie na wszelki wypadek zadzwonić i upewnić się że mogę. Nie zdziwiłem się specjalnie kiedy okazało się że mojego ‚..zawiadomienia nie ma i co nam Pan zrobi..’. Na takie dictum – przygotowany wszak – z duma oznajmiłem że ha, mam zdjęcia sprzed starostwa jak się do niego zbliżam (jedno), pokazuje skrzynkę na dokumenty (drugie), datę i godzinę na telefonie z widokiem na skrzynkę (trzecie) oraz 1800 gram papieru w teczce wpadające do skrzynki (czwarte) – był to bowiem okres najbardziej przerażającej pandemii w dziejach Legionowa, i nie można było nic dać człowiekowi, ani uzyskać potwierdzenia przyjęcia – i wobec takiego postawienia sprawy usłyszałem że ‚aaaa.. to ja sprawdzę jeszcze raz i oddzwonię..’. O dziwo niewiasta oddzwoniła, okazała nawet skruchę niejaką, po czym z satysfakcją oznajmiła że projekt został odrzucony. Rozdarty między ulga że jednak zadzwoniłem dopytać i nie zacząłem montażu a irytacją że znów się czepiają, dopytałem i.. to moje szczęście..

Okazało się że działka na której stoi dom jest na granicy tzw. ‚strefy możliwych podtopień’. Oznacza to że na jednej połowie mogę posadowić oczyszczalnię, na drugiej już nie. Oczyszczalnia była zaprojektowana prawilnie, ale drenaż już sięgał tam gdzie nie sięgaj i było nie nada. Przyszły wykonawca stanął na wysokości zadania, zaproponował nieco inny typ instalacji (studnia chłonna zamiast drenażu), taka tez zmiana trafiła do starostwa gdzie ostatecznie – już w ciągu kilku dni – została zaakceptowana. Wykonawca wkrótce więc przybył.

Rozrył i podziurawił

Wkopał co trzeba

Dołożył drugą dziurę w ziemi z ekstra rurą

Wszystko połączył, zakopał, uklepał

I to był ten moment kiedy człowiek mógł już sikać nie do wiaderka, a do rury w podłodze 🙂

Dla żądnych detali rozprawiania się z efektami defekacji (co prawda nie Traidenis a Felisknavis, ale to klony są.. 🙂 )

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *