Tytułem wstępu

To takie ukryte pragnienie połowy Polaków, mieć dom. Głupki, nie? Coś jak z dzieckiem, dopóki człowiek nie ma to widzi same zalety, i u nas było podobnie 🙂 .

Szukanie domu zaczęliśmy dwa lata przed ostatecznym zakupem, obejrzeliśmy ich kilka, z czasem coraz trafniej rozpoznając co sprzedający naprawdę miał na myśli pisząc ‚cicha okolica’ czy ‚naturalne materiały’, ba..! w pewnym momencie mieliśmy podpisaną tzw. ‚deklarację sprzedającego’ wymaganą przez bank i załatwiony kredyt. W piątek z banku dzwonią ‚..jest ok, skredytujemy..’, z sobotę sprzedający mówi że ‚..a bo jednak zmieniliśmy zdanie..’. Ostatecznie okazało się że sprzedał dom (wszystko na to wskazuje) rzeczoznawcy przysłanemu przez nasz bank.. Zerkam od czasu do czasu w KW tamtego domu, jeżeli nazwisko właściciela zmieni się na nazwisko rzeczoznawcy – obrzucę ich granatami. Całość zabawy sprawiła że biedni inwestorzy popadali w coraz większe zwątpienie, i gdyby nie niespodzianki losowe pewnie byśmy z zakupu zrezygnowali.

Jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami fajnego mieszkania, 60 metrów na jednym poziomie, 20 na drugim, zrobione dla nas i planowanej dwójki dzieci. Mieliśmy tam mieszkać lata, tyle że druga ciąża nam nieco popsuła plany – bliźniaki 🙂 W efekcie mieszkanie okazało się, patrząc perspektywistycznie, ciut za małe jak na dwójkę mamutów i trójkę progenitury, więc.. trzeba było zmienić na coś większego.

Trafiliśmy na ogłoszenie o połówce bliźniaka. Fajny, okolica może być, ale po cholerę nam 200 metrów..! i 600 tysięcy za stan surowy zamknięty, chyba ich, huehuehue, pogięło.! Ej, patrz! to samo ogłoszenie, ale 400 tysięcy!.. No fajnie, ale po cholerę nam 200 metrów?.. I ostatecznie jak się okazało że działka ma 770 metrów, i z ceną zeszliśmy do 350.000 (sprzedający chyba sami nie wierzyli że kupimy, a głupio im się było potem wycofać.. 🙂 ), byliśmy w stanie zaakceptować te 200 metrów, co tam, oraz fakt że dom od 10 lat stoi w stanie surowym zamkniętym. Hm.

Umowa przedwstępna, to pierwsze małe tarcie. Pełen podejrzliwości (tak tanio?) stwierdziłem że mogę zaryzykować 1% zadatku. Sprzedający, (dilowałem z dwiema żonami, mężowie się tylko raz pokazali – sprzedający do dwa małżeństwa) jak to sprzedający, chcieli 10%. Ostatecznie doszliśmy do porozumienia które mi bardzo odpowiadało – podpisaliśmy umowę na 1% zadatku. No. Później już bardzo sprawnie ustalaliśmy kolejne szczegóły, terminy, i pomału okazywało się w co wdepnęliśmy.

Cena była adekwatna do ilości osób które – jak zgaduję – zrezygnowały z zakupu. Sytuacja formalno-prawna domu to był chlew, który tak naprawdę objawiał się pomaleńku aż do momentu uzyskania pozwolenia na użytkowanie; coś co chyba każdy zna z autopsji – wydaje się że już nic człowieka nie zaskoczy po czym życie daje z liścia i kolanem. Mniej więcej.

Z drobiazgów które zapamiętałem: działka była obciążona hipoteką, chodziło o kredyt na zakup i budowę. Fajnie, zrozumiale, tyle że hipoteka była na działkę ‚całą’, pod oboma bliźniakami. Okazało się że nieruchomość, w momencie rozpoczęcia budowy, była jedna (działka z domem), obciążona jedną hipoteką, po czym nieruchomość podzielono, i hipotekę przyklejono, w tej samej wysokości, do obu produktów podziału. Ostatecznie mój bank to jakoś przetrawił. Później tenże bank oczekiwał od banku sprzedających dokumentu, którego tamten bank w żaden sposób wystawić nie chciał, a źródło problemu tkwiło w fakcie że działka jest nadal zadłużona na większą kwotę niż cena zbycia. To było pierwsze ‚..tego się nie da kupić..’. Jak już się, po długotrwałym żebraniu i lizaniu 4 liter wszystkim wokół, dało, to sprzedający nieśmiało wspomnieli że w zasadzie to mają tylko jeden dziennik budowy, a nieruchomości dwie, ale chyba nie powinno być kłopotu.. To było drugie ‚..tego się nie da kupić..’. Później się okazało że chociaż cena zakupu to 350.000, a środków własnych planujemy przeznaczyć 20% (70.000), to kredyt musimy brać na prawie pół bańki (bank dolicza minima na wykończenie), i co gorsza mieć 20% od tegoż pół bańki i tu było blisko 3-go ‚..tego się nie da kupić..’. Niespodzianek było więcej, w miarę przypominania sobie będę się nimi dzielił.

Ostatecznie kupiliśmy i.. stało się już za późno na żałowanie. Jeżeli, drogi czytelniku, dotarłeś do tego momentu niezniechęcony, i jesteś na tyle leniwy że zamiast wyjść do ludzi planujesz czytać dalej, ciąg dalszy lektury pokaże Ci jak straszne bywa życie drobnego inwestora w naszym kraju. 🙂 I jeszcze w czasach zarazy.

Blog

Trzecia faza

15 luty 2020 Jakoś tak w połowie lutego uznałem że trochę lipa tak przy świecach. Czy nawet latarce. Na budowę – poza weekendami – docieram po 18, ciemno jak tu i ówdzie już wtedy jest, czas żeby sobie prądem poświecić. Umowa ze Sprzedającymi zakładała że kwestie organizacji przyłączenia budynku do sieci energetycznej załatwiają jeszcze oni …