Po tynkach, po prądzie, dach.

Marzec 2020, tak mniej więcej pierwsza połowa.

Także ten. W połowie marca czy jakoś tak były z głowy tynki i elektryka, z drobnymi jednakowoż wyjątkami. Tynkmajster dnia pewnego zawezwał mnie przed oblicze swe i z niejakim obrzydzeniem elaborując na temat partaczy którzy robili podciągi pod strop na parterze zeznał że nie da rady, ‚..tutaj, panie, za grubo by tynku trzeba i to panu na łeb zleci..’. W efekcie do tej pory odwiedzających wita uroczo rustykalny, postindustrialno-surowy element sufitu. Ale kiedyś się za to wezmę.

Podobnie elektryka – niby położone i zatynkowane, ale został drobiazg – rozdzielnia. Znajomy który pierwotnie deklarował pomoc nie dysponował czasem, mniej znajomi fachowcy żądali za rozdzielnię połowy kosztów kabli i ćwierci tynków także tradycyjnie, poinstruowany youtube’m i zmotywowany nieustannymi ‚..daj sobie spokój, weź fachowca..’, zakupiłem markowe produktu i przystąpiłem. Więcej detali w którymś z poprzednich wpisów 🙂

Jak już prawie był skończony prąd i o mało co tynki, trzeba było przygotować strop do wyłożenia pianą. Więźba kole komina miała ślady dawnego przecieku – celem więc uspokojenia się a upewnienia zawezwałem fachowca. Człowiek przybył, zdziwił się kiedy Serwański, nie pokazując po sobie że ze strachu jest obsr* po pachy wlazł za nim na dach, i tam też dokonalimy wspólnie oględzin poszycia (czyt. fachowiec wskazywał i komentował, Serwański przytakiwał).

W efekcie fachowiec, za ustaloną kwotę, zgodził się otynkować komin, wymienić popękane dachówki i dołożyć nieco zmienioną obróbkę blacharska kole komina. Całość za jedyne, tfutfu, o ile pamiętam, dwa koła (!).

Ustaliwszy typ i rodzaj posiadanej dachówki, znalazłem ostatnie na rynku egzemplarze Euronitu profil S, w odcieniu jak najbardziej zbliżonym do cegły, ustaliłem z handlarzem (nie polecam) dzień dostawy i cenę, a następnie uzbrojony w ten oręż ustaliłem z poznanym w akapicie wyżej fachowcem jego wizytę. Na wszelki wypadek tydzień po planowanej dostawie dachówki.

Zgodnie z planem, handlarz dachówką (nie polecam) nie dostarczył jej na czas. Również zgodnie z planem nie dał znać że nie dojedzie. Jako człowiek z natury spokojny i powściągliwy nie mam wprawy w opier*niu kontrahentów, ale z pewnym dreszczykiem oczekiwania i żądny nowych doświadczeń chwyciłem telefon coby okazać dezaprobatę. Kilka minut później zacząłem trochę rozumieć psychotycznych szefów – połączenie człowieka skruszonego i pełnego winy, świadomego że dał ciała i podatnego na wmówienie sobie że przez niego się świat zawala daje ciekawe poczucie władzy nad człowiekiem. Nie wątpię że jednostki słabsze ode mnie 🙂 takie *ebanie ludzi może uzależnić. Podsumowując, handlarz dachówką (nie polecam) zobligował się nie dać du*y po raz drugi i dostarczyć dachówkę w nowym ustalonym terminie. Tym razem mu się udało. Dach został przejrzany, braki wymienione, obróbka poprawiona i.. ta nadzieja że po poprawkach nie będzie gorzej (było całkiem nieźle jak na 10 lat stania bez konserwacji). Do tej pory się jej trzymam.

Estę elektrykę. I majstry tynkarze.

Druga połowa lutego 2020. Jakoś tak.

Człowiek tak ma. Czegoś mu brak, dostanie to coś, przez 2545 sekund jest najszczęśliwszy na świecie, po czym znów zaczyna uwierać że jednak.. czegoś brak. Jak już prund od somsiada się u nas pojawił, i człowiek prawie ze szczęścia płakał że sikać do wiaderka już może bez trzymania latarki, przyszedł czas że drażnić zaczęły te wszystkie przedłużacze i prowizorki.

Budżet jeszcze pokaźny, człowiek – leniwy – zaczął się dowiadywać co i ile. A nuż ktoś to zrobi. Po pierwszej wycenie Serwański zbladł, druga – bardzo na oko, od znajomego (pozdrawiamy Piotra G.) – sprawiła że wytrzeźwiał i stało się jasne że tego. Samodzielnie. 15 koła jako cena okazyjna okazało się nie do przełknięcia dla portfela i, chcąc nie chcąc, trzeba było na zakupy.

Tok myślenia był dosyć prosty – najtańszy projektant będzie chciał ze 2 koła za projekt instalacji a znajomy elektryk wspomniał że z 15 trzeba będzie wyłożyć na prostą instalację (materiały i robociznę). 17 tysi jak obszył. Z drugiej strony ta świadomość.. prądu uczą w zawodówkach. Kurs dający możliwość robienia instalacji i stemplowania papierów to parę setek i kilka godzin, ba..! w czasach zarazy można go już online zrobić..! Czyli nie może to być skomplikowane. Suma summarum Serwański wziął mazak, przeszedł się po domu, pozaznaczał gdzie gniazdo, gdzie włącznik, gdzie żarówki, gdzie rozdzielnica i – po konsultacjach ze znajomym elektrykiem jakie kupić – pojechał po kabelki.

Robota szła dzień i noc. A co.

Głównie noc, dzień to tylko w weekendy 🙂 ale tak jakoś po trzech dniach uznałem że było warto, po jakimś tygodniu góra (pięterko) była gotowa.

Nieocenioną pomocą okazał się mąż przyjaciółki żony (pozdrawiamy Romana M.), nie tylko ze względu na wkład w robotę, ale jako czynnik psychologiczny. Szarpanie kabli w te i nazad, w lutym, przy 5 stopniach i po ciemku jest znacznie mniej depresyjne kiedy na obiekcie jest ktoś poza tobą 🙂 .

Nieco weselej na obiekcie zaczęło się robić pod koniec lutego – weszli tynkarze. Tynkarze zaczęli od pięterka, i mielimy na zakładkę: tam gdzie elektryka już leżała na ścianach (pięterko) kładli tynki, a zziajany Serwański w tym czasie zasuwał z kablowaniem dołu żeby – jak majster tynkarz zastrzegał – broń panie nie okazało się że oni skończą górę, a dół do tynkowania nie będzie gotów. Kosztem depresji żony (sama z trójką dzieci bo mąż się szlaja po nocach), obolałych paluchów (parę metrów kabla powyginać i przybić do ściany to pikuś, ale tak z 800 metrów to już człowiek w tych palcach czuje) i ostatnimi nocami spędzanymi na placu boju do drugiej nad ranem zdążyłem przed Wielkim Dniem kiedy majstry tynkarze mieli zejść na dół. Pełen dumy pojawiam się na budowie dnia następnego i.. pucha. Majstrów nie ma. Co gorsza, nie ma też ich straszliwej maszyny. Z jednej strony fajnie (uciekli bez płacenia), z drugiej słabo (gdzie ja znajdę na już zastępców), ostatecznie jednak się okazało że to ich straszliwa machina wymiękła i musiała do doktora. Lekko podku*ny (mogła się zdzira rozłożyć kilka dni wcześniej, bym się przynajmniej wysypiał) i nieufny (nie ściemniają aby? wrócą dokończyć?) miałem chwile coby dalsze kroki zaplanować i nieco odespać. Ostatecznie machina wróciła, tynkarze takowoż i jakoś się, z jedynie dwiema pomniejszymi wpadkami, udało tynkowanie zakończyć. Ubożsi o 27 koła (to był największy wydatek w trakcie wykańczania domu) zaczęliśmy się czuć jakby to już był dom. Tynki to plus100 do samopoczucia, dom od razu wygląda lepiej, ale.. człowiek jeszcze nie wiedział jakie to złudne było 🙂 .

Elektryka była gotowa tak jakoś do połowy marca. pod koniec marca z domu wyszli tynkarze. Budynek wyglądał coraz bardziej jak dom, w środku jasno, światło działa, dodatkowo postraszeni plotkami z okolicznych barów i hurtowni elektrycznej (..aaa, panie, bo to chodzom po budowach i kable ze ścian kradnom..’) uzbroiliśmy się w alarm 🙂 i mieliśmy już poważną, samodzielnie wykonaną instalacje trójfazową, pełną odbiorników (wiertarki, oświetlenie, sąsiad zza ściany, rzeczony alarm).. I tylko ten biedny i nieszczęśliwy pojedynczy kabel 1faz od sąsiada-dawcy biegnący do rozdzielnicy, który całość tejże instalacji zasilał 🙂 wyglądał trochę jak chudy koń ciągnący tłustych turystów nad Morskie Oko 🙂 .

Podsumowując – całość elektryki kosztowała nas mniej więcej sześć tysięcy (kable, rozdzielnica, akcesoria do kabli i rozdzielnicy, gniazda i włączniki), versus ~17k które trzeba by było zapłacić komuś kto by to robił. Od razu micha się cieszy 🙂 .

Trzecia faza

15 luty 2020

Jakoś tak w połowie lutego uznałem że trochę lipa tak przy świecach. Czy nawet latarce. Na budowę – poza weekendami – docieram po 18, ciemno jak tu i ówdzie już wtedy jest, czas żeby sobie prądem poświecić. Umowa ze Sprzedającymi zakładała że kwestie organizacji przyłączenia budynku do sieci energetycznej załatwiają jeszcze oni (parę miesięcy oszczędności bez czekania na finalizację zakupu), niemniej jednak prundu nie było nadal (długo trwało zanim się ostatecznie pojawił). W efekcie trzeba było sobie radzić inaczej.

W ramach gry wstępnej przez kilka dni (nocy) po powrocie z budowy czytałem o agregatach prądotwórczych. Wybieranie trwało kolejne parę dni, szukanie opinii i pytanie na wszelkiego rodzaju forach o najwłaściwszy model okazało się zajmujące i zaskakująco czasochłonne. Finalnie, uzbrojony w wiedzę i przekonanie że wiem czego szukam wybrałem się do Castoramy, gdzie sprzedawca taktownie i z klasą – aczkolwiek dobitnie – za pomocą dwóch pytań pokazał mi że nie dorosłem do miana świadomego klienta. Podczas dogrywki kilka dni później nabyłem ostatecznie ochachisuper agregat, jedyne 30 kilo silnika spalinowego marki china dozbrojonego kupą miedzi, pomalowanego na piękny czerwony kolor którego klasę podkreślała nalepa znanej marki. Zawiozłem z dumą wielkie pudło na budowę, przywitałem się z przechodzącym sąsiadem, ten zaciekawiony spojrzał na zziajanego Serwańskiego taszczącego nowy nabytek i w śmiech, ‚..paaanie, no trzeba było od razu..’.

Agregat nie użyty ni razu wrócił do Castoramy, a jego miejsce zajął kabel ziemny 3×2,5 biegnący od altanki sąsiada, przez dwa krzaczki koło stawu do płota, potem przez murek i w dziurkę w ziemi (na naszej działce zakopałem ~15 cm pod ziemię – nieogrodzona, a nuż ktoś by się potknął i na złom sprzedał), potem przez rurę do przyszłego kominka aż do dużego pokoju, i tak przez kilka miesięcy pasożytowałem jedną fazą na sąsiedzie.

Z jedną fazą było super. Koreczki sąsiadowi wyeauem ino raz. Drobny zgrzyt towarzyski pojawił się chwilę po wprowadzeniu się nowych sąsiadów do drugiej połowy bliźniaka – nowy sąsiad przyszedł, zobaczył że mam prund, pozazdrościł, mówi ‚..to ja tu kabelek, a ty mnie podłącz tutaj i też będę miał..’, i tu się zaczyna skomplikowane. Mówię że ja to pewnie i bez problemu i od razu, ale że nie moje to uzgodnię najpierw z dawcą czy można, i jeżeli dawca się zgodzi to od razu.. Dawca (sąsiad), jak wspomniałem że poza jego sąsiadem (mną) chce od niego czerpać także kolejny nowy sąsiad machnął ręką – także drugiego nowego sąsiada my podłączyli do mnie. A skomplikowane się okazało kilka dni później. U sąsiada – dawcy tak naprawdę mieszkają 3 pokolenia; o podaniu prundu dalej rozmawiałem z seniorem, i tenże senior kilka dni później przydreptał zmieszany że kłopot jest bo syn się zdrażnił że podałem prąd dalej do kolejnego sąsiada. Ja oczy wielkie że jak, że rozmawialiśmy przecież że no nie wiem, i tak my ustalili że pójdziemy do średniego sąsiada sprawę wyjaśnić. Żeby nie było że sam i że tylko ja zbiorę opeer potruchtałem do drugiego nowego sąsiada (tego od drugiej połowy bliźniaka), mówię jaka jest sprawa i chodź, przy okazji się przywitasz. Poszlimy stadnie do średniego sąsiada się pokajać że nieporozumienie i.. spodziewałem się awantury, a tu tymczasem miło, gładko i sympatycznie. Dłonie wszyscy sobie uścisnęli i tak to formalnie zaczęlimy ze sobą somsiadować 🙂 .

To jest moment kiedy wszyscy moi 2,5 czytelnika myśleli że dotarli do końca rozdziału. Otóż nie. Żebym nie zapomniał a kiedyś mógł wspominać, dodam że przygody zaczęły się przez tynkarzy, bo ci uznali że jedna faza to dla miękkich faj, oni mają mieć 3faz. I tak w skrócie – Serwański do sąsiada, sąsiad kiwa głową, Serwański do hurtowni po kabel ziemny 5×2,5, po erbetkę i po elektryka (to były jazdy żeby elektryka znaleźć takiego co raczy ruszyć tyłek..) i.. znów z kabelkiem. Tym razem z garażu, przez altankę, dwa krzaczki koło stawu i murek, potem w dziurkę w ziemi i.. aż do rury do przyszłego kominka i do dużego pokoju. Jak już elektrownia w dużym pokoju zaczęła działać, zaczęły się też kłopoty 🙂 .

Sąsiad – dawca ma instalację dosyć starą, jeszcze na aluminium i bezpiecznikach topikowych. Dla mniej oblatanych – to coś jak telefon z tarczą w świecie smartfonów. Dodatkowo bezpieczniki główne (tez topikowe) ktoś schował za pancernymi drzwiami szafki rozdzielczej schowanej w elewacji dwa metry nad ziemią, zabezpieczonymi z kolei plombą energetyki. Różnica względem rozwiązań bardziej współczesnych – poza technologią – to to, ze obecnie bezpiecznik główny jest dostępny dla klienta (nie zabezpieczony plombą), u sąsiada niestety tak nie jest.

Potem to się, panie, działo że hej. Sąsiad biorca podłaczył jakąś nietypową maszynę – zagrzmiało, budynek zadygotał, i chwilę później wpada sąsiad – dawca że mu światło nie działa. Idę do niego zobaczyć i się pokajać i widzę że prund u niego jest – brama mu się właśnie otwiera. Śledztwo wykazało że *ebua jedna z trzech faz. Telefon do elektryka od erbetki, przyjeżdza, zrywa plombę, zagląda do rozdzielni dawcy i w rechot. Wymienił bezpieczniki i mówi, ‚łoooeeeoooo, to panowie sobie kupią takich bezpieczników na zapas’. Pełen złych myśli nabyłem dwa pudełka. Przydały się, przydały.

Później byli rzeczeni tynkarze, wtargali na parter machinę wielkości garkuchni wojskowej i znów: machina pierdła, rykła i przytruchtał sąsiad że mu brama nie działa. Bohatersko wtargnąłem na posesję obok, stękając odsunąłem na bok kutą z żelaza ławeczkę spod szafki rozdzielczej schowanej w elewacji, mężnie się wspiąłem na drabinę i dzielnie zerwawszy plombę wymieniłem bezpieczniki u sąsiada; na szczęście cudo tynkarzy kolejnych bezpieczników już nie żarło. Później kolejna machina u sąsiada biorcy i blackout u sąsiada dawcy. Bohatersko wtargnąłem na posesję obok, stękając odsunąłem na bok kutą z żelaza ławeczkę… wymieniłem bezpieczniki. Przestałem już dzwonić do elektryka coby przyjeżdżał plomby nowe zakładał. Później byli posadzkarze z machiną do szlifowania po wylewkach i u sąsiad znów ciemność widzi.. Bohatersko.. wymieniłem bezpieczniki. Tym razem 3 razy w ciągu godziny, bo posadzkarze twardzi byli, się nie poddawali, a ich machina była chyba nie bardzo i zwarcie jakieś produkowała. Po kolejnej wymianie bezpieczników, mając w rękach puste pudełko, i perspektywę kolejnego odsuwania tej *ebanej kutej z żelaza ławeczki poprosiłem o zaniechanie dalszych prób szlifowania.

W sumie w czasie kariery trójfazy od sąsiada dawcy wymieniłem 12 bezpieczników w jego rozdzielni, przepraszałem ze 30 razy i poznałem sekret samodzielnego otwierania zabezpieczonej domofonem furtki sąsiada (tak był podkur*ony że już nie wychodził otwierać i sam się włamywałem na teren coby bezpieczniki teges). Tynkarze byli 4 tygodnie. Jak tylko zakończyli Serwański szybciutko zdemontował kabel ziemny 5×2,5 i obaj – i ja i sąsiad dawca – w ulgą wróciliśmy do współpracy na poziomie jednej fazy 🙂 . Sąsiada niniejszym pozdrawiam i dziękuję za ogrom zrozumienia i życzliwości 🙂 .

Metaloplastyka

9 luty 2020

Mniej więcej na początku lutego przyjechało żelastwo. Jak już pisałem, dom miał pewne niedoróbki, brakowało mu ściany oddzielającej bliżniaki między połówką naszą a sąsiada – tak od ściany pierwszego piętra do kalenicy. Co chyba oczywiste, podłogi (między piętrem pierwszym a poddaszem) brakowało tam takowoż. Po głębszej dyskusji z portfelem i chęciami, uznałem ze zrobimy pomieszczenie na poddaszu (miejsce na bałagan, czy za parę lat dla mnie 🙂 zawsze się przyda), i zamiast rzeźbić z drewna czy lać żelbet, *bniemy sobie, korzystając z mojej szczątkowej wiedzy niedokończnego ęrzyniera, kratę z dwuteowniczków na którą rzucimy po taniości OSB. Ze względów praktycznych (transport do środka ino z ogrodu via balkon na pięterku), konstrukcja musiałabyć częściowo spawana, a częściowo skręcana, gdzie poszczególne elementy nie mogły przekroczyć określonej szerokości (okno balkonowe) czy ciężaru (całość mieli przez okienko wciągnąć na górę ochotnicy).

Kratę zamówiłem w znajomym składzie stali. Po kilkukrotnych konsultacjach z artystą spawaczem doprecyzowaliśmy detale, i całość dotarła do ogródka. Po rzuceniu hasła na fejsie do ogródka dotarło też pospolite ruszenie, także po apelu na fejsie życzliwi znajomi użyczyli mi do pomocy szeregu żeglarskich lin, bloków i szekli i włala, zaczęło się.

Pospolite ruszenie w ilości głów, o ile pamiętam, ośmiu, solidarnie dysząc, stękając i rzucając mięsem wdygowało mniejszą połowę kraty w górę: najpierw podrzuciło jeden koniec na krawędzi balkonu, po przezwyciężeniu pierwszego kryzysu wciągnęło jeden koniec do pokoju na pięterku, unosząc jednocześnie drugi koniec nad ziemię (tu było już blisko buntu), a następnie: pierwszy koniec na ścianę pierwszego piętra, a drugi, finalnie, do pokoju na pierwszym pięterku. Z taką falą marazmu i zniechęcenia jak wtedy nie spotkałem się od czasów pierwszego kolosa z wytrzymałości materiałów na polibudzie. Ostatecznie, po wykorzystaniu moich rzadkich talentów do perswazji, motywacji i manipulacji, stado podrzuciło drugi koniec, i wciągnęło na dalszą ścianę pierwszy tak, że mniejsza połowa spoczęła na dwóch ścianach. W tym momencie pospolite ruszenie, zgodnie z wielowiekową polską tradycją, rozjechało się do domów po niedokończeniu połowy roboty 🙂 A tak serio – zobowiązany im jestem niemożebnie i niniejszm kolejny raz dziękuję za pomoc 🙂 .

Każdy człowiek prędzej czy później doceni dobry lubrykant. Następnego dnia po ucieczce pospolitego ruszenia, przystąpiwszy do dalszych prac, zauważyłem że żelastwo niechętnie przesuwa się po pustaczkach. Podłożywszy między mur a stal docelowe klocki drewniane (krata leży nie bezpośrednio na cegle, ale na jebutnych podkładach z drewna), uzyskałem poprawę – krata dała się przesuwać nieco sprawniej, niemniej jednak porządny efekt dało dopiero podłożenie, między dechę a żelastwo, podkładek z kupionego na wyprzedaży linoleum spryskanego obficie smarem w aerozolu. Efekt był spektakularny – krata obłożona linami i blokami, poddana próbom przeciągnięcia na murze leżała nieruchomo jak studentka w sobotę rano. Po podłożeniu podkładek z desek, zaparciu się na drabinie, i odpowiednio mocnym pociągnięciu liny krata dygła mniej więcej o tyle o ile dygła by dłoń rzeczonej studentki pokazującej palec. Po dołożeniu do układu spryskanego smarem linoleum, zaparciu się na drabinie i przyłożeniu do liny wektora efekt wyszedł jakby studentka przeniosła się w czasie do piątku wieczorem; krata zrobiła niespodziewanie długi suw a Serwański spier*lił się z drabiny.

Pozbierawszy z ziemi siebie i urażoną dumę, dzięki odpowiedniemu manipulowaniu lubrykantem i pozostałymi elementami układu udało się ułożyć studentkę kratę w pożądanej pozycji. Pozostało czekać na ciąg dalszy pojedynku – czyli kolejny etap pospolitego ruszenia. Tym razem był to dźwig do montażu reklam z obsługą.

Przez telefon wyłuszczyłem szefowi całość detali. ‚Eeeeepaaanie, takie coś to my nosem wciągamy’. Przyjechali na godzinkę, po 4 godzinach ostatecznie, ciężko wkur*ni i ewidentnie pełni urazy do kraty, zebrali się i pojechali, i (kosztem kolejnych 5 stówek) miałem ostatecznie obie studentki kraty na pięterku. Ułożenie ich jak trzeba i poskręcanie, w świetle wcześniejszych przejść i bojów, było przyjemnością.

Kosztem kolejnych złotówek (i pomocy ochotników) udało się uzyskać pewien półprodukt:

a następnie prawieże i omałoco podłogę. Miało to znaczenie o tyle, że po uzyskaniu tego etapu mogłem zakończyć oddzielanie nas od sąsiadów (ta wspomniana wcześniej ściana między bliźniakami).

Ostatecznym produktem zamieszania była prawie że pełnowartościowa podłoga (i drugie piętro), z drobnym felerem – żeby nań przeniknąć nie dało się użyć schodów:

ale trzeba było skorzystać z otworu w łazience. Pomijając ten feler, pięterko prawie natychmiast przyjęło docelową rolę zapychając się niechcianymi na niższych piętrach rzeczami.. 🙂

Wykończenie domu to m.in. prace piłą. I siekierą.

8 luty 2020

Działka jest nieziemska. Zawsze chciałem, podobnie jak Kamila, mieć nie tylko dom, ale też kawałek (spory) działki. I znów, to tak jak z dziećmi – dopóki człowiek nie ma.. 🙂 .

Na działce mamy m.in. dwa zarąbiste dęby. Mój tata jest z wykształcenia leśnikiem, zdziwił się że rosną nieco dziwnie. Gość od wykopków (nieco później), też pracujący przy wycince aż podszedł obejrzeć bo patrząc z daleka nie dowierzał że to dęby. Drzewa super, miejsce na działce idealne pod kątem cienia w lecie, ale.. sąsiad ich chyba nie kocha. Pierwsze pytanie jak się poznaliśmy było ‚..kiedy Pan je wytnie..’, i nieco smutku kiedy Serwański się zdumiał czemu. ‚Paanie, one tylko liście i żołędzie, sam kłopot..!’, no ale nie, zostają i tyle. Ale..! wyjaśniło się też czemu tak dziwnie one tego – otóż rosną blisko granicy z rzeczonym sąsiadem. sąsiad, mając dość liści i żołędzi, regularnie podcinał to co do niego wyłaziło nad linią działki, w efekcie drzewa są nieco płaskie od południa, a dosyć rozstrzelone od północy. Drzewa, cięte z boku, uciekały – jak zrozumiałem – w górę, stąd teraz mamy jedyne w okolicy dęby wysokie zamiast dębów krępych (na obrazku z wykopkami pod rozprowadzenie drenu kanalizacji, ale jak już człowiek oderwie oczy od dziury w ziemi, zobaczy też roślinki w oddali) 🙂 .

Jeszcze jedno drzewo które rosło, również przy granicy, ale znacznie bliżej domu (na obrazku wyżej już go nie ma) nie zidentyfikowałem, było już po prostu suche. Tata okiem fachowca ocenił że podtrute (nacięcia na pniu tuż nad ziemią), i że trzeba je wyrżnąć (przy wiatrach uderzało gałęziami w dachówki. Pełen złych przeczuć, karmiony informacjami z forów internetowych, przez dłuższą chwile rozważałem czy rżnąć na dziko, czy jednak prawilnie..

Kary za samowolne wycięcie są nieziemskie. Procedura zalegalizowania wycinki z kolei potrafi trwać miesiącami. Maleńkie światełko to stan drzewa (suche), i zagrożenie (pochyłe, działka, dzieci, dom, drzewo-morderca i drzewo-niszczyciel). Rozważywszy za i przeciw, wykręciłem numer, odebrała jakaś kobieta. Prosząco-defensywnie zacząłem wyjaśniać ryzyko że drzewo napadnie mi dzieci i dlatego.. Po dłuższej chwili wyjaśnień, kobieta zeznała że może podjechać do mnie za miesiąc i oceni czy można wyrżnąć czy nie. ‚Za mieeesiąaac?.. Bo wie Pani, w dach mi napier*la..’. ‚Dobrze, będę po pracy; będzie Pan po 15-tej?’.

Przyjechała, 234 sekundy to trwało, potwierdziła że suche, zrobiła zdjęcie, powiedziała żeby rżnąc. Nieśmiało zapytałem o jakieś potwierdzenie, ‚nic nie trzeba, jak by sąsiedzi skarżyli że samowolnie to skarga i tak trafi do mnie..’. Tak też my z ojcem przystąpili do wyżynania..

Jak sobie, drogi czytelniku, wyobrazisz że drzewo pochylone tak ze 30 stopni w stronę domu, jakieś 15 metrów wysokie, napadło dwóch amatorów z siekierką po dziadku, ogrodową pilarką do gałęzi z supermarktu i zwojami lin i bloków żeglarskich, to od razu pojmiesz ze łatwo nie było. Pilarka wytrzymała do drugiej gałęzi (szajs, okazało się, miał plastikowe trybiki napędzające łańcuch tnący), obie piły ręczne przestały współpracować dosyć szybko stępione do cna, w końcu po kilku godzinach urżnęlimy górną połowę drzewa, nie rujnując przy okazji ani naszego dachu, ani płotu sąsiada.

Ueani po pachy, wyelimowawszy zagrożenie dla dachu, zrobilimy sobie chwile przerwy. Okazało się że drugi sąsiad miał ubaw – od dłuższego czasu obserwował i słuchał. Jak zobaczył że kino się zamyka to się człowiek zlitował, przytruchtał. przytargał pilarkę spalinową. Pomogę mówi, odpala narzędzie, zawarczało, pierdnęło spaliną, no pełna profeska. Na drabinę wlazł, podnosi narzędzie i.. narzędzie gaśnie. Opuszcza, odpala, podnosi, ono gasnie. Opuszcza, odpala, podnosi, gaśnie. Opuszcza, odpala, podnosi, gaśnie. Opuszcza, odpala, podnosi, gaśnie. Człowiek mimo woli szczękę opuszcza na ziemię, patrzymy z ojcem po sobie i na sąsiada, i co chwila w myśli ‚zgaśnie?..’. Ciągle gasła. Sąsiad z lekka zmieszany, wymamrotał że sprawdzi, zobaczy i potruchtał nazad do siebie. Triumfująca szydera nadal szyderczo stała skosem, aczkolwiek skoro już w dach nie napier*ła.. Uznalimy z ojcem że fajrant, i jak pilarka wróci z naprawy to będzie wersja 2.0 i zrobimy jej ze skosu jesień średniowiecza.

Wersja 2.0 się długo szykowała. Tak ja nie cisnąłem, tak chyba tata też się nie palił (to jednak mordęga była), aż po jakichś dwóch tygodniach z dumą mówi że nabył solidne narzędzie, tym razem nie do gałązek a faktycznie potężną pilarkę do drzewa. Zaopatrzeni w nową zabawę dziarskim krokiem wparowaliśmy na działeczkę i.. rozczarowanie. Znacie to uczucie, nowy rower a to od dwóch tygodni pada. Albo nowa kiecka, a wprowadzili kwarantannę. No albo podchodzicie do połowy suchara z nową pilarką żeby mu pokazać kto tu rządzi a suchara nie ma.

Okazało się że sąsiad, zmusiwszy swoje narzędzie do współpracy, przeniknął na naszą działkę któregoś wieczora i pokazał sucharowi kto tu rządzi. Słowa nie powiedział, nie oczekiwał żadnego dziękuję, ino przyszedł i uziemił. Fajnie mieć sąsiadów 🙂 aczkolwiek pewne uczucie niedosytu pozostało. Nowa pilarka taty do dziś leży w kartonie, ani razu nie użyta. 🙂

..i nagle 200 metrów to mało.

5 lutego 2020

Budynek to parter i pięterko. i coś jakby kawałek strychu, ale to potem o tym. Zaczynając od parteru – projektant miał rozmach, i na stu metrach kwadratowych parteru zmieścił jeden pokój. Łączony z kuchnią. I jadalnią, ale nadal jeden. No i łazienka oczywiście i rodzaj sieni, ale wychodząc z tejże sieni na salony człowiek miał, na całym parterze, do dyspozycji dwie pary drzwi, w tym jedne do łazienki. Coś jak hangar w autoserwisie, tyle że niższy. Jako że z żoną pracujemy głównie z domu, tudzież instytucja ‚gabinetu’ (aka pracowni) jest nam nieobca już w obecnym mieszkaniu, ustalilim coby sobie także w hangarze pracownię pierdyknąć.

Jedyne, poza łazienką, pomieszczenie z drzwiami to – według planów – kuchnia. Padła ofiarą pracowni i poszła precz do salonu. Mój chłodny umysł inżyniera wył (tam nie ma kanalizacji! tam nie ma kanału wentylacyjnego!), niemniej jednak udało się rozwiązać oba problemy.

Co do kanalizacji – za jedyne …ćet znalazła się ekipa z ciężkim sprzętem która wycięła koryto w chudziaku i rurę z kanalizacją my ze szwagrem pierdykli do nowej kuchni.

Co do wentylacji – z kanałami wentylacyjnymi okazało się że nie ma ich ani w kuchni ‚planowej’, ani w przyszłej. Co by wyjaśnić – majstry jak składali budynek to poprowadzili wentylację z pustaczków wentylacyjnych jak należy (chwała im za to) tak dla kuchni jak i jadalni (kuchnia i jadalnia mają wspólną ścianę), tyle że piętro później cieślowie *ebli na tych pustaczkach, tak idealnie równiutko, murłatę, skutecznie uniemożliwiając wykorzystanie tychże pustaczków. Jak już cieślowie wykastrowali kanały wentylacyjne, tak już dekarze nie sklecili kominków na połacią dachową i.. wentylacja z kuchni ‚planowej’ kończy się w ścianie pokoju na pierwszym piętrze. Mamy remis. Skoro wentylacji nie ma ani tu ani tam, a kanalizację my już tego, to możemy kuchnie przenosić.

I tak to z wielkiego openspejsa w modernistym stylu cegła plus beton..

..po rozprowadzeniu elektryki (po taniości, do dziś mi strzyka od tego prowadzenia) i tynków (to już ekipą zawodowców)..

..mamy coś co lada chwila będzie prawdziwą kuchnią. I pomyśleć że zaczęło się od rury..

9 miesięcy minęło.. :) i mamy pozwolenie na użytkowanie. Ale nie tak od razu..

25 stycznia 2020.

..i głosem Czubówny ‚..dzień w którym nieświadomy niczego inwestor jeszcze się cieszył i nie zdawał sobie sprawy..’. Tego dnia, już z kluczami, po całym chlewie związanym z zakupem, dogadywaniem się, ustalaniem, wycofywaniem i ‚..może jednak się uda..’ ostatecznie zamówiliśmy pierwszy transport. Cegiełki przyjechały. Raptem 3 palety, tyle że jedna cegiełka to 22 kg, a trzeba to było wtargać do garażu żeby nóg nie dostało. Okolica spokojna, ale ciągle obca, nigdy człowiek nie wie.. także w sumie chyba ~4 tony pustaczków wtargaliśmy z żoną do garażu.

Dom to bliźniak, mamy lewą / południową połówkę. Zgadując, wyglądało że dwa małżeństwa które go zaczęły budować żeby w nim wspólnie zamieszkać, już w trakcie budowy zmieniły zdanie i dokończyły budowę tylko na tyle żeby całość sprzedać. Z zewnątrz wygląda nieźle, w środku beton z cegłą, i dodatkowym felerem – ściana oddzielająca obie połówki bliźniaka nie jest doprowadzona pod sam dach. Pustaczki przyjechały żeby uzupełnić brakującą ścianę, oczywiście tylko po naszej stronie (koszt, inwestor biedny jest..). Ostatecznie nabywcy drugiej połówki także uzupełnili swoją ścianę, także – przynajmniej w tej części – jesteśmy zgodni w projektem.

Jako inwestorzy z tych ubogich nie braliśmy murarzy z rynku, ale ścianę podnieśliśmy własnymi siłami. Było to mniej więcej 2,5 tony pustaków wniesionych z parteru na pierwsze piętru i dalej, sztuka po sztuce, po drabinie kupionej po taniości z Jula’i, zlepianych, w temperaturach bliskich zera (zimno było jak ..uj) zaprawą z dodatkami antyzamarzającymi mieszaną w wiaderku po farbie mieszadłem zrobionym z supermarketowej wiertary. Polak potrafi. W każdym razie po kilku dniach pracy wieczorami, kosztem materiałów jak wyżej, potłuczonych paluchów, obolałych pleców i ogólnego ‚..ale ja stary jestem..!’, ścianka w końcu odgrodziła nas od bliźniaka sąsiadów. Poza poczuciem ‚to jest moje prywatne’ 🙂 było to ważne dodatkowo – druga połowa miała wyłamane okno balkonowe, i de facto każdy mógł sobie zrobić imprezkę nie tylko u sąsiadów, ale także u nas.. Widok nietrzeźwego włamywacza przenikającego przez wyłamany balkon sąsiadów, niezabezpieczoną klatkę schodową na piętro i po ścianie na strych po to żeby mi zwinąć ukochany młotek po dziadku podsuwany przez wyobraźnię był paraliżujący.. 🙂 Durne, głupie, i trącające o psychiatrię, ale dopiero od tego momentu zacząłem zwozić i z mniejszym strachem zostawiać w domu narzędzia.