Ciepło – zimno

Też tak w połowie maja się zaczęło.

Pompa ciepła, o. Mamy pompę ciepła. To trochę mój konik się zrobił. Połączenie fizyki, elektroniki, do tego trochę prądu i wody i już.. 🙂 Ale fakt, pierwszy wybór to był gaz. Budujemy dom, ma być gaz. Tyle że zobaczyć gaz na działce w ciągu roku od złożenia wniosku to coś jak Yeti zobaczyć..

Podpisałem umowę z gazownią jakoś w styczniu. Audiencja, atmosfera sacrum jak u papieża, petent został przyjęty, uraczony dokumentami, wypełnił, podpisał oddał, zapytał kiedy, wytrzymał pełne politowania spojrzenie i zaczęła się gra w ‚za trzy miesiące’. Tydzień później coś tam donosiłem i znów, ‚..jakoś za trzy miesiące..’, a internet w śmiech, będziesz czekał minimum rok mówią. Miesiąc później zadzwoniłem i ‚..może za trzy miesiące..’. W międzyczasie załatwiałem coś w starostwie (o tym inny wpis, to też historia) gdzie jedna z pracujących tam Pań (szacun) okazała się do tego stopnia pomocna że jak pomogła mi opędzić to z czym przyszedłem, wysłuchała narzekania na gaz i do mnie ‚..daj Pan telefon..’. Dałem, zadzwoniła, pogadała, powiedziała że to syn właściciela firmy która robi przyłącza. ‚Zadzwoni Pan do niego jutro i będzie szybciej’. Nie chciała ni czekoladek ni koniaczku, zadzwoniłem do gościa, tydzień później przyjechał zobaczyć, pomierzyć, zapisać, ‚..no może za trzy miesiące..’. I musze moim obu czytelnikom powiedzieć że ten gość faktycznie jakiś plan zrobił, cos przyspieszył, ale jak znów z nim przy okazji rozmawiałem i okazało się że znów może za trzy miesiące – zacząłem zerkać na alternatywy.

Jako że węgiel to nigdy w życiu, pellet mnie nie kręci a butli z gazem przed domem mieć nie chciałem, przyjrzałem się bliżej pompom ciepła. Przebrnąwszy przez ‚chyba oszalałeś’, ‚to przecież ściema i nie działa’ i ‚bez płomienia nie ma ciepła’ sypane z każdej strony przez znajomych z węglem, starych majstrów z czasów stalowej gazrury i mądralińskich z internetu, zacząłem odwiedzać ludzi którzy takie coś mają. Okazało się że.. da się. Rekordziści w okolicy mają dom 300metrów i pompę ciepła gruntową od 12 lat. Działa, grzeje, 6600 rocznie za prąd płacą. Inny sąsiad miał podobny dylemat pół roku wcześniej, i odwiedziłem go dzień po uruchomieniu PC u niego. Początkowy masochizm zmieniał się pomału w fascynację, zacząłem się zaprzyjaźniać z dokumentacjami, średnicami, typami, przekrojami, rozmawiałem z kilkoma potencjalnymi wykonawcami i tego. Plebiscyt wyglądał tak:

  • rozmawiałem może z 10 firmami; tylko z 3 z nich ktoś mnie odwiedził
  • jedna z tych firm to małżeństwo w średnim wieku, od lat montujący PC z wymiennikiem gruntowym; sympatyczni, kompetentni i już prawie, ale.. PC z wymiennikiem gruntowym jest o kilkadziesiąt kPLN droższa od PC powietrznej (koszt odwiertów), i ostatecznie zdecydowałem się na PC powietrzną
  • kolejna firma odwiedziła mnie przedstawicielem; kłopot w tym że jego wiedza techniczna w zakresie PC była mniejsza niż (już) moja, i Pan się cokolwiek skompromitował i został skreślony
  • kolejne firmy to rozmowy telefoniczno-internetowe; jedna z firm nie była skłonna się podjąć (okazało się że są aż z okolic Szczecina), ale człowiek z którym rozmawiałem bardzo pomocnie służył mi informacjami (nota bene wyślę mu w końcu tą obiecaną wódkę); był też pierwszym (i ogólnie jednym z dwóch) ludzi którzy zapewniali mnie że pompa którą sam wybrałem (Panasonic 9kw T-CAP) jest przewymiarowana ORAZ potrafił to uzasadnić (odesłał mnie do konkretnego dokumentu Panasonica); pozostałe firmy nie miały problemu z proponowaniem w ofertach urządzenia które sam – jako laik – wybrałem; inna firma, jedna z większych firm montujących PC w kraju dała mi w końcu ofertę którą byłem skłonny zaakceptować – brakowało mi tylko obniżki ceny (chcieli 30500, byłem skłonny zapłacić 30000), oraz czekałem na szefa firmy który deklarował że mnie odwiedzi (dlaczego to było konieczne – poniżej); ponieważ zwlekał i odkładał – szukałem dalej
  • trafiałem ostatecznie na małą firmę rodzinną spod Warszawy; człowiek wypadł fenomenalnie w rozmowie technicznej (długo rozmawialiśmy), kłóciliśmy się tylko o jeden detal związany z przepływami i średnicami – i ostatecznie okazało się że miał rację, zgodził się bez problemu na umowę, fakturę, dogadaliśmy warunki wizyty oględzinowej i montażu rur do wysokiego ciśnienia przed montażem pompy i podpisaliśmy umowę; za całość instalacji gdzie kotłownie robiłem samodzielnie, jednostkę wewnętrzną montowałem samodzielnie, fundament pod jednostkę zewnętrzną robiłem samodzielnie, i generalnie wszystko poza montażem jednostki zewnętrznej i części gazowej robiłem sam, zapłaciłem 21500; cena nie do pobicia na rynku – tyle że sporo trzeba było zrobić samemu; co ważne, dał mi taką cenę za pompę typu split (pierwotnie chciałem monoblok żeby instalację zrobić w 100% samodzielnie), w efekcie split okazał się tańszy od monobloku
  • udałem się do świątyni gazu gdzie wcześniej podpisałem umowę o przyłącze; jak powiedziałem że chcę wypowiedzieć umowę.. 🙂 cesarzowa rozlała herbatę, ‚..aaaale jak to?..’; giermek cesarzowej siadając nie trafił w krzesło, chwilę później po gazowni poszła plota że przyszedł szaleniec i omawianie procedury wypowiedzenia umowy obserwowało już pół gazowni 🙂 i to takie przeczucie że na olimpie zaczynają zauważać że niedługo nie będą niezbędni i mniej będzie płaszczących się petentów.. fajna sprawa 🙂

Suma summarum zdecydowałem się na model Panasonic HP 9kw, co ważne – model 1-fazowy, głównie za namową firmy która ostatecznie dokonała montażu – i w ani jednym najmniejszym kawałku nie żałuję tego wyboru. Wyceny kotłowni gazowej jakie miałem oscylowały wokół 18 kPLN plus budowa przyłącza 3500), kotłownia oparta o PC wyszła mnie pi razy oko tyle samo. Gaz jest paliwem za jakie w 100% muszę płacić, podczas gdy PC działa na prąd który mogę sam produkować (na dachu mamy instalację PV o mocy 3,4KWp). Kotłownia gazowa może mnie tylko ogrzewać, a kotłownia oparta o PC potrafi też chłodzić budynek. Wreszcie, co najlepsze – instalacja oparta o PC działa w domu kilka tygodni po podpisaniu umowy. W przypadku gazu sąsiad czekał na podłączenie rok. Dodatkowo, w chwili kiedy piszę pamiętniczek mam przed oczami zgrubne wyliczenia: zużycia prącu przez PC i produkcji prądu przez PV, i wychodzi na to że:

  • pompa od stycznia do dziś zeżarła niecałe 3000kwh
  • instalacja na dachu wyprodukowała prawie 1400kwh
  • upraszczając, ogrzewanie domu i ciepła woda kosztowały mnie od stycznia ok. 1600kwh, czyli mniej niż 1000 PLN; dla przypomnienia, dom to 200 metrów, ocieplenie styropianem 10cm (nic jak na dzisiejsze standardy, ale dom był budowany 10 lat temu), na dachu piana 25cm, w podłodze między 5 a 10cm styropianu (też nic jak na dzisiejsze standardy); czy to drogo? śmiech na sali.. 🙂 na obrazkach poniżej widać zużycie prądu przez PC (2943 kwh) i produkcję prądu ‚z dachu’ (1470 kwh) w tym samym okresie.

Co do samej instalacji, kolejność wyglądała tak:

  • wybrałem dostawcę PC, podpisałem umowę, umówiliśmy się na montaż rur wysokiego ciśnienia przed robieniem podłogi (rury biegną u mnie nietypowo, 15 metrów rur wysokiego ciśnienia pod podłogą w zasadzie całego parteru)
  • zrobiłem podłogówkę + kotłownię
  • firma robiąca wylewki zrobiła wylewkę podłogową
  • przyjechał zbiornik CWU
  • przyjechała PC
  • zrobiłem fundament pod jednostkę zewnętrzną
  • zamontowałem w kotłowni zbiornik CWU, jednostkę wewnętrzną + podłączyłem do nich część hydrauliczną
  • przyjechała firma dostarczająca PC; zamontowali jednostkę zewnętrzną, podłączyli przewody wysokiego ciśnienia, zrobili część gazową, uruchomili pompę
  • jak wspomniałem PC jest 1-fazowa; instalacja PV na dachu też jest 1-fazowa, i podłączona do fazy z której korzysta PC; żyć nie umierać.. 🙂
  • sąsiad w tym czasie ciągle grał w ‚za trzy miesiące’ 🙂

I dodatkowo – dla zastanawiających się nad pompą i rozważających co to takiego – garść uwag i przemyśleń:

  • Pompy ciepła funkcjonują na rynku grzania od lat; ich niewielka znajomość u nas wynika z zamiłowania do palenia węglem i śmieciem – ale nadal, na świecie działają od lat. Nie jest to produkt nowy, eksperymentalny czy ‚za dwa lata zardzewieje i będzie do wyrzucenia’.
  • Pompy ciepła działają 🙂 czego dowodem jest fakt że są montowane dosyć masowo m.in. w Skandynawii, a jeden z bardziej liczących się producentów (taki Mercedes wśród pomp ciepła) to szwedzka firma Nibe.
  • Dla tych którzy ciągle się wahają, ale zaakceptowali już fakt istnienia klimatyzacji w aucie – pompa ciepła działa na takiej samej zasadzie jak klimatyzacja (przenosi ciepło z jednego układu do drugiego), tyle że klima z cieplejszego przenosi ciepło do chłodniejszego, a pompa ciepła z zimniejszego przenosi ciepło do cieplejszego.
  • Na hasła typu ‚to nie działa’ czy ‚bez płomienia nie ma ciepła’ odpowiadamy krótko, pytaniem: czy pokażesz mi swoją pompę 🙂 i w 100% przypadków okaże się że wyrażający tak radykalne opinie może i wie że takie urządzenia istnieją, ale już niekoniecznie je widział, a na pewno nie korzystał. Wśród osób korzystających z pomp ciepłą jedyne prawdziwe głosy niechęci jakie znam dotyczą źle zrobionych instalacji czy montażu pompy w starych, nieocieplonych domach – gdzie problemy są efektem nie tyle wad pompy, co nierzetelności instalatora (żaden instalator nie powinien zalecać montażu pompy budynku o zbyt dużym zapotrzebowaniu cieplnym (niedocieplonego); przed zaproponowaniem pompy należy wyliczyć zapotrzebowanie budynku na ciepło i na tej podstawie dobrać pompę).
  • Nawiązując do punktu wyżej – pompy ciepła najlepiej sprawdzają się w domach nowoczesnych, docieplonych z instalacją ogrzewania podłogowego – ale trzeba mieć na uwadze że istnieją tez modele do modernizacji istniejących (grzejnikowych) instalacji CO, i doskonale sobie z nimi radzą. Z drugiej strony pompa ciepła nie będzie remedium na chłód w domu z dziurawymi ścianami, oknami z jedną szybą i bez ocieplenia.
  • Koszty inwestycji: dla domów nowobudowanych uruchomienie kotłowni PC i kotłowni gazowej to kwota zbliżona. Dla domów istniejących jest od dłuższego czasu możliwość uzyskania dofinansowania z programu Czyste Powietrze na wymianę źródła ogrzewania, oraz dodatkowo – co warto rozważyć przy inwestycji w PC – można skorzystać z programu Mój Prąd na dofinansowanie (do 5000pln) instalacji fotowoltaicznej.
  • Koszty utrzymania: dla gazu – trzeba płacić tyle ile kosztuje gaz; nabywca jest uzależniony od ceny rynkowej i nic na nią nie poradzi; szanse na spadki cen nośników energii są znikome, należy się raczej liczyć ze stałym wzrostem kosztów tych nośników. Dla pompy ciepła ‚paliwem’ jest prąd który można nabyć z sieci energetycznej, lub wyprodukować samemu. Są osoby posiadające na tyle duże instalacje fotowoltaiczne że ich produkcja prądu pokrywa w 100% jego zużycie przez pompę.
  • Porównanie pompy ciepła (działającej na prąd) z innymi źródłami ciepła (grzejniki elektryczne, maty grzewcze..) też działającymi na prąd: tutaj częstym tokiem myślenia jest ten przedstawiany przez sprzedawców mat cieplnych, promienników na podczerwień czy innych podobnych, mówiący że piec elektryczny (i podobne urządzenia) jest/są tańsze od pompy ciepła, a ponieważ i jedno i drugie zużywa prąd, to po co płacić więcej za pompę ciepła – i jest to myślenie dramatycznie błędne. Bardzo ogólnie, piec elektryczny zużywa prąd do wytworzenia ciepła (coś jak przetwarzanie energii 1:1), natomiast pompa ciepła zużywa prąd do napędzania kompresora który spręża gaz – i właśnie jego sprężanie powoduje pozyskanie ciepła; w tym przypadku relacja energii prądu zużytej do energii ciepła pozyskanej wynosi ~1:4; w ciepłych dniach lat nawet 1:7, a w najbardziej mroźnych dniach zimy 1:2. Zawsze jest taniej korzystać z pompy ciepła niż pieca elektrycznego, to trochę jak skoczyć na zakupy do Żabki do której mamy 3 kilometry co by przygotować prowiant na grilla; wyobraź sobie drogi czytelniku że masz przytargać dwa sześciopaki, kilo kiełby i worek węgla: w plecaczku piechotką (to mata grzewcza / piec elektryczny) lub rowerkiem (rowerek to w tym przykładzie coś jak pompa ciepła); efekt będzie ten sam – przytargasz zakupy do domu, ale o ile łatwiej (taniej) będzie rowerem..! Pompa ciepła jest takim właśnie ‚rowerem’ dla energii cieplnej.
  • Producenci pomp ciepła dają obecnie standardowo 5 lat gwarancji na swoje urządzenia; one nie zmienią się po 3 miesiącach w kupę złomu 🙂
  • Co też ważne – mało kto ma uprawnienia żeby samodzielnie zamontować sobie w domu piec gazowy. Dla pomp ciepła typu monoblok montaż taki jest możliwy, należy tylko mieć jakieś pojęcie o rurach z wodą i kablach z prądem. Wiem że nie każdy musi chcieć czy lubić dokonać samodzielnego montażu – ale porównując gaz (czekanie na przyłącze, płacenie ekipie uprawnieniami za nitkę do domu, płacenie ekipie z uprawnieniami za uruchomienie części gazowej kotłowni) z pompą ciepła (zamawiam, przyjeżdża, montuję, mam ciepło), wydaje się że gaz nie ma żadnych przewag.
  • Warto też pamiętać że większość współczesnych pomp ciepła ma nie tylko funkcję grzania, ale i chłodzenia. Pompa z taką funkcjonalnością jest w stanie w upały schłodzić podłogę w domu (to wersja minimum), lub – poprzez dodatkowe klimakonwektory w instalacji – pełnić rolę klimatyzatora.
  • I z praktyki – w czerwcu minie nam rok od montażu naszej pompy ciepła. Zima tego roku była jaka była 🙂 i mimo pewnych obaw jak się zachowa pompa w temperaturze -23 stopni – złego słowa nie powiem. W domu ciepło jak w uchu. Namawiam do korzystania z takiego rozwiązania. Jakby jeszcze moi sąsiedzi zamienili kopciuchy na pompy..! 🙂

Kupa i siku

Też w maju 2020. Maj w ogóle był intensywny, działo się. Pogoda pozwalała, Serwański więc z rozmachem na kilku frontach naraz. Wylewka na podłodze wiązała, na salony wchodziłem więc rzadko – ale była robota na zewnątrz. W tym samym czasie, krótko po podłączeniu wody, wydarzyły się dwie istotne rzeczy:

  • dotarła przesyłka z pompa ciepła (o tym to jednak osobny wpis popełnię)
  • dotarła ekipa do posadowienia oczyszczalni (tzw. przydomowej oczyszczalni ścieków)

Jako że kwestia oczyszczalni ścieków istotna jest, a nadal zainteresowanie budzi – zwłaszcza w okolicy gdzie społeczność żyje cotygodniowymi wybuchami złości bo ‚.. znów *ski zrzucił ścieki do kanału..’ i ‚..kogo wezwać do pilnego opróżnienia szamba?’, pozwolę sobie wyrazić się literacko. Otóż było tak.

Kanalizacji gmina nie ma. Nie spodziewa się też szybko. Powiem więcej, poznawszy relację miedzy posiadaniem kanalizacji i ceną za wodę, ścieki i wywóz śmieci to nie pali mi się już do kanalizacji gminnej 🙂 No i wiedząc że kanalizacji niet, do wyboru miałem staropolskie szambo (~4k pln), ewentualnie nowomodną tzw. przydomową oczyszczalnie ścieków. (~14k pln). Policzywszy TCO, wyszło mi 3,6k pln dla tradycji (300 zeta za wywóz 4 metrów aromatu co miesiąc) i 0,6k pln dla nowoczesności (150 zeta za wywóz tzw. twardego osadu raz na 3 miechy), także.. budżet się znalazł. Nadszedł etap szukania wykonawcy oczyszczalni.

Okazało się ze modeli oczyszczalni jest jak krowich placków na łące. Kiedy w trakcie przeglądania funkcji doszedłem do urządzeń z wifi, coś mi pykło i się cofnęło – i zacząłem czytać nie tylko o cenach, ale też o sposobie działania, i okazało się że produkty jelitowe mają w oczyszczalniach nie jak onegdaj pod krzakiem, ale jak kobieta u fryzjera – gmeranie, głaskanie, dmuchanie, grzanie, tryskanie chemią.. Uzyskawszy przyspieszony doktorat wybrałem model bez elementów ruchomych, za to z dobrymi opiniami, oraz tylko jednym elementem potencjalnie awaryjnym, mianowicie – nomen omen – dyfuzorem. Dla zafascynowanych w dalszej części wpisu dodam garść teorii działania, zapewniam że warto przeczytać 🙂 .

Wybrany wykonawca instalacji bardzo mi podpasował – młody gość, pomijam że z wiedzą techniczną i bez sales-bełkotu, ale autentycznie przygotowany. nie musiałem wiedzieć nic o formalnościach, miał przygotowane formularze właściwe dla ‚mojego’ starostwa (..niech Pan sprawdzi też w internecie bo może ktoś coś zmienił, ale powinny być ok..), miał gruby na średnicę rury w kiblu plik papierów technicznych dotyczących oczyszczalni (..bo wie Pan, czasem wymagają, Pan im da wszystko i się zniechęcą..), uprzejmie kiwał głową kiedy Serwański roztaczał wizje drenażu na płaskim terenie działki, nie czepiał się moich rysunków ‚projektowych’, i jak ostatecznie uzgodniliśmy warunki, pomógł przygotować komplet śmiecia do złożenia do starostwa celem uzyskania zgody na posadowienie przydomowej oczyszczalni ścieków.

Zebrawszy 1800 gram makulatury w poważnie wyglądającą teczkę zawiozłem całość do starostwa. Jak zrozumiałem, ciąg dalszy zabawy polegał na tym że inwestor czeka 3 tygodnie, i wydarza się – na ogół – jedno z dwóch: albo inwestor nie doczeka się odpowiedzi i uznaje to za tzw. ‚milczącą aprobatę’ na podstawie której robi to o czym poinformował, albo – przekonany że wszystko jest ok – umawia się z wykonawcą na pojutrze, a jutro ma telefon ze starostwa że jednak coś jest nie tak i musi poprawić. u mnie, jak zwykle, było jeszcze inaczej, otóż odczekawszy 3 tygodnie bez uwag ze strony starostwa pozwoliłem sobie na wszelki wypadek zadzwonić i upewnić się że mogę. Nie zdziwiłem się specjalnie kiedy okazało się że mojego ‚..zawiadomienia nie ma i co nam Pan zrobi..’. Na takie dictum – przygotowany wszak – z duma oznajmiłem że ha, mam zdjęcia sprzed starostwa jak się do niego zbliżam (jedno), pokazuje skrzynkę na dokumenty (drugie), datę i godzinę na telefonie z widokiem na skrzynkę (trzecie) oraz 1800 gram papieru w teczce wpadające do skrzynki (czwarte) – był to bowiem okres najbardziej przerażającej pandemii w dziejach Legionowa, i nie można było nic dać człowiekowi, ani uzyskać potwierdzenia przyjęcia – i wobec takiego postawienia sprawy usłyszałem że ‚aaaa.. to ja sprawdzę jeszcze raz i oddzwonię..’. O dziwo niewiasta oddzwoniła, okazała nawet skruchę niejaką, po czym z satysfakcją oznajmiła że projekt został odrzucony. Rozdarty między ulga że jednak zadzwoniłem dopytać i nie zacząłem montażu a irytacją że znów się czepiają, dopytałem i.. to moje szczęście..

Okazało się że działka na której stoi dom jest na granicy tzw. ‚strefy możliwych podtopień’. Oznacza to że na jednej połowie mogę posadowić oczyszczalnię, na drugiej już nie. Oczyszczalnia była zaprojektowana prawilnie, ale drenaż już sięgał tam gdzie nie sięgaj i było nie nada. Przyszły wykonawca stanął na wysokości zadania, zaproponował nieco inny typ instalacji (studnia chłonna zamiast drenażu), taka tez zmiana trafiła do starostwa gdzie ostatecznie – już w ciągu kilku dni – została zaakceptowana. Wykonawca wkrótce więc przybył.

Rozrył i podziurawił

Wkopał co trzeba

Dołożył drugą dziurę w ziemi z ekstra rurą

Wszystko połączył, zakopał, uklepał

I to był ten moment kiedy człowiek mógł już sikać nie do wiaderka, a do rury w podłodze 🙂

Dla żądnych detali rozprawiania się z efektami defekacji (co prawda nie Traidenis a Felisknavis, ale to klony są.. 🙂 )

Woda

Połowa maja 2020, tak równolegle z kończeniem podłogówki.

Przyłącze wody było jednym z mniej kłopotliwych do załatwienia. Prąd to rozmowa z hrabiami i księżniczkami z energetyki, gaz to w ogóle – w momencie kiedy go jeszcze rozważaliśmy – była to rozmowa formatu audiencji u papieża, a woda – w zasadzie tak jak to powinno być. Najpierw projekt (bez problemu), potem szukanie wykonawcy (bez problemu, projektant podpowiedział), potem rozmowa z propozycja projektanta – i po przełamaniu szeregu uprzedzeń (wykonawca był trochę jak królik który chętnie by uciekł od zlecenia), dało się podpisać umowę. Wykonawca bał się samej umowy, bał się terminów w umowie, bał się zleceniodawcy.. 🙂 ale ostatecznie dało się wszystko pospinać i wykonawca się pojawił.

Pojawił się z kolegą, koparką, spiralą w kolorze niebieskim i paroma kawałkami złomu. W ramach bonusu przywiózł gościa z gminnego zakładu komunalnego, i tego samego dnia kiedy w kranie pojawiła się woda, miałem też podpisaną umowę z GZK. Miło, jak widać da się, tak energetyka jak i gazownicy powinni się uczyć. Patronem przyłączenia były słowo ‚konkurencja’ i ‚samorząd’ – czyli jeżeli na przyłączeniu wody zarobi niezależny projektant, niezależny instalator i gmina, to wszyscy się postarają żeby było sprawnie i szybko. W przypadku gazu jest inaczej – firma ‚centralna’, jak za dawnych czasów zrejonizowana, podzleca roboty swoim kacykom, w ilości ściśle określonej żeby broń Panie sobie kacyk z kacykiem konkurencji nie zrobił, nie ma możliwości wynajęcia własnej ekipy do zrobienia przyłącza, trzeba dać zarobić kacykom (i swoje oczywiście odczekać). W przypadku prądu, cóż.. podobnie.

Wartością dodaną prac z wodą była ocena podłoża na terenie działki – uszczęśliwiło mnie odkrycie, pod metrową warstwą ziemi z gliną, piaseczku. Potrzebny był żeby nie było problemu z chłonnością podłoża / oczyszczalnią 🙂

Patrząc na treść wpisu powyżej stwierdzam że gdyby wszyscy fachowcy jacy się przewinęli przez budowę byli tak bezbarwnie sprawni – nie miałbym o czym pisać. W efekcie z winy wykonawcy wpis pozostanie krótki, bardziej dla pamięci chronologii zdarzeń niż z konieczności wyżalenia się inwestora.

Podłoga

Koniec marca 2020.

Czas przyszedł na podłogę, ciężko by było mieszkać mając w całym domu pod stopami surowy beton – i tak, do tej pory pod stopami mamy go tylko na schodach.

Zasady sztuki są trywialne – na wylewkę kładzie się folię, na folię styropian, na styropian znów folię – taką fajoską, z kratkami – i na tę folię w końcu rurki od ogrzewania. Jak już będą rurki zawezwać trzeba fachowców którzy te rurki zaleją czymś co się stanie podłogą. Dam radę, myślę, dwa dni i z głowy.

Ostatecznie przez dwa dni szukałem dostawcy styropianu który będzie skłonny podrzucić niehurtową ilość styropianu podłogowego o różnych grubościach. O ile bowiem w teorii wylewka jest równa i pozioma, o tyle praktyka pokazała że ni chu, i trzeba wymierzyć ile styropianu jakiej grubości idzie do jakiego pomieszczenia, bo tu jest bardzo nierówno a tam jeszcze bardziej. Jak się udało zamówić styropian, kolejne dwa dni trzeba było doliczyć na skuwanie co bardziej wypiętrzonych łańcuchów górskich i zasypywanie co głębszych dolin piaskiem – tym sposobem z terenu podgórskiego szlichta stała się względną równiną.

Styropian na równinie wyglądał jak niżej (bez folii, bo to pięterko):

Trafiały się urozmaicenia:

Akcenty szkockie,

tańczący z taśmami,

i tak w kółko,

aż wreszcie

można się było po całości

zalać:

Przeczytanie powyższego to pewnie ze dwie minuty. Pisałem dłużej bo zdjęcia – pewnie z kwadrans. Ale zrobienie tego..! o Paaaaanie..! W .uj. Zajebiście męczące fizycznie, upierdliwe, stresujące, także jak w efekcie próby szczelności wyszły ok, szlaczki wyglądały całkiem fajnie i ekipa przyszła zalać, jedna tylko myśl psuła mi humor..

..ta świadomość że to dopiero piętro. Na dole jest trochę więcej.. 🙂

Na dole uzyskaną równinę trzeba było dodatkowo pokryć folią, sztuka mówi że dzięki temu mniej ciągnie z gruntu:

Seksapilu robocie dodawały obecne tu i tam rury tu i tam które trzeba było uwzględnić w układaniu izolacji,

istotne o tyle że bez nich nie byłoby w kuchni wody, w pracowni internetu a w domu ogrzewania, aż w końcu także dół uzyskał stan pożądany:

i wreszcie po zalaniu instalacji wodą – tutaj dreszczyk, na testy szczelności nie było już czasu bo ekipa od zalania była umówiona

udało się zalać:

To był jeden z fajniejszych etepów wykańczania – przez 4 dni nie mogłem wejść do domu.. 🙂

Co do niuansów to wiadomo – robienie tego samego sprawia że idzie coraz wolniej. Jako pierwszy wspomagacz pojawił się kolega R, któremu niniejszym dziękuję niezmiernie za zabranie sznura i schowanie noży. Kiedy kryzys dopadł nas obu, a zalewacze byli umówieni na tuż-tuż, pojawił się także kolega M. Kolega M. jak to młodzik – niesterany życiem i wysiłkiem, stał się kluczowym elementem układania pex-a na dole, za co jemu również serdecznie dziękuję. Wybitnie się przyczynił do dotrzymania terminu zalania.

Istotny element pojawił się też przy okazji rur na dole – to był pierwszy element montażu pompy ciepła, przez jedną z tych rur zostały poprowadzone przewody wysokiego ciśnienia i elektryczne łączące jednostki pompy: wewnętrzną i zewnętrzną. Clou montażu opierało się o wyłonienie wykonawcy montażu przed robieniem podłogi tak, żeby mógł poprowadzić swoje przewody, później zrobienie podłogi, a jeszcze później zakończenie montażu pompy. Ale o tym w kolejnym odcinku bajki 🙂

Po tynkach, po prądzie, dach.

Marzec 2020, tak mniej więcej pierwsza połowa.

Także ten. W połowie marca czy jakoś tak były z głowy tynki i elektryka, z drobnymi jednakowoż wyjątkami. Tynkmajster dnia pewnego zawezwał mnie przed oblicze swe i z niejakim obrzydzeniem elaborując na temat partaczy którzy robili podciągi pod strop na parterze zeznał że nie da rady, ‚..tutaj, panie, za grubo by tynku trzeba i to panu na łeb zleci..’. W efekcie do tej pory odwiedzających wita uroczo rustykalny, postindustrialno-surowy element sufitu. Ale kiedyś się za to wezmę.

Podobnie elektryka – niby położone i zatynkowane, ale został drobiazg – rozdzielnia. Znajomy który pierwotnie deklarował pomoc nie dysponował czasem, mniej znajomi fachowcy żądali za rozdzielnię połowy kosztów kabli i ćwierci tynków także tradycyjnie, poinstruowany youtube’m i zmotywowany nieustannymi ‚..daj sobie spokój, weź fachowca..’, zakupiłem markowe produktu i przystąpiłem. Więcej detali w którymś z poprzednich wpisów 🙂

Jak już prawie był skończony prąd i o mało co tynki, trzeba było przygotować strop do wyłożenia pianą. Więźba kole komina miała ślady dawnego przecieku – celem więc uspokojenia się a upewnienia zawezwałem fachowca. Człowiek przybył, zdziwił się kiedy Serwański, nie pokazując po sobie że ze strachu jest obsr* po pachy wlazł za nim na dach, i tam też dokonalimy wspólnie oględzin poszycia (czyt. fachowiec wskazywał i komentował, Serwański przytakiwał).

W efekcie fachowiec, za ustaloną kwotę, zgodził się otynkować komin, wymienić popękane dachówki i dołożyć nieco zmienioną obróbkę blacharska kole komina. Całość za jedyne, tfutfu, o ile pamiętam, dwa koła (!).

Ustaliwszy typ i rodzaj posiadanej dachówki, znalazłem ostatnie na rynku egzemplarze Euronitu profil S, w odcieniu jak najbardziej zbliżonym do cegły, ustaliłem z handlarzem (nie polecam) dzień dostawy i cenę, a następnie uzbrojony w ten oręż ustaliłem z poznanym w akapicie wyżej fachowcem jego wizytę. Na wszelki wypadek tydzień po planowanej dostawie dachówki.

Zgodnie z planem, handlarz dachówką (nie polecam) nie dostarczył jej na czas. Również zgodnie z planem nie dał znać że nie dojedzie. Jako człowiek z natury spokojny i powściągliwy nie mam wprawy w opier*niu kontrahentów, ale z pewnym dreszczykiem oczekiwania i żądny nowych doświadczeń chwyciłem telefon coby okazać dezaprobatę. Kilka minut później zacząłem trochę rozumieć psychotycznych szefów – połączenie człowieka skruszonego i pełnego winy, świadomego że dał ciała i podatnego na wmówienie sobie że przez niego się świat zawala daje ciekawe poczucie władzy nad człowiekiem. Nie wątpię że jednostki słabsze ode mnie 🙂 takie *ebanie ludzi może uzależnić. Podsumowując, handlarz dachówką (nie polecam) zobligował się nie dać du*y po raz drugi i dostarczyć dachówkę w nowym ustalonym terminie. Tym razem mu się udało. Dach został przejrzany, braki wymienione, obróbka poprawiona i.. ta nadzieja że po poprawkach nie będzie gorzej (było całkiem nieźle jak na 10 lat stania bez konserwacji). Do tej pory się jej trzymam.

Estę elektrykę. I majstry tynkarze.

Druga połowa lutego 2020. Jakoś tak.

Człowiek tak ma. Czegoś mu brak, dostanie to coś, przez 2545 sekund jest najszczęśliwszy na świecie, po czym znów zaczyna uwierać że jednak.. czegoś brak. Jak już prund od somsiada się u nas pojawił, i człowiek prawie ze szczęścia płakał że sikać do wiaderka już może bez trzymania latarki, przyszedł czas że drażnić zaczęły te wszystkie przedłużacze i prowizorki.

Budżet jeszcze pokaźny, człowiek – leniwy – zaczął się dowiadywać co i ile. A nuż ktoś to zrobi. Po pierwszej wycenie Serwański zbladł, druga – bardzo na oko, od znajomego (pozdrawiamy Piotra G.) – sprawiła że wytrzeźwiał i stało się jasne że tego. Samodzielnie. 15 koła jako cena okazyjna okazało się nie do przełknięcia dla portfela i, chcąc nie chcąc, trzeba było na zakupy.

Tok myślenia był dosyć prosty – najtańszy projektant będzie chciał ze 2 koła za projekt instalacji a znajomy elektryk wspomniał że z 15 trzeba będzie wyłożyć na prostą instalację (materiały i robociznę). 17 tysi jak obszył. Z drugiej strony ta świadomość.. prądu uczą w zawodówkach. Kurs dający możliwość robienia instalacji i stemplowania papierów to parę setek i kilka godzin, ba..! w czasach zarazy można go już online zrobić..! Czyli nie może to być skomplikowane. Suma summarum Serwański wziął mazak, przeszedł się po domu, pozaznaczał gdzie gniazdo, gdzie włącznik, gdzie żarówki, gdzie rozdzielnica i – po konsultacjach ze znajomym elektrykiem jakie kupić – pojechał po kabelki.

Robota szła dzień i noc. A co.

Głównie noc, dzień to tylko w weekendy 🙂 ale tak jakoś po trzech dniach uznałem że było warto, po jakimś tygodniu góra (pięterko) była gotowa.

Nieocenioną pomocą okazał się mąż przyjaciółki żony (pozdrawiamy Romana M.), nie tylko ze względu na wkład w robotę, ale jako czynnik psychologiczny. Szarpanie kabli w te i nazad, w lutym, przy 5 stopniach i po ciemku jest znacznie mniej depresyjne kiedy na obiekcie jest ktoś poza tobą 🙂 .

Nieco weselej na obiekcie zaczęło się robić pod koniec lutego – weszli tynkarze. Tynkarze zaczęli od pięterka, i mielimy na zakładkę: tam gdzie elektryka już leżała na ścianach (pięterko) kładli tynki, a zziajany Serwański w tym czasie zasuwał z kablowaniem dołu żeby – jak majster tynkarz zastrzegał – broń panie nie okazało się że oni skończą górę, a dół do tynkowania nie będzie gotów. Kosztem depresji żony (sama z trójką dzieci bo mąż się szlaja po nocach), obolałych paluchów (parę metrów kabla powyginać i przybić do ściany to pikuś, ale tak z 800 metrów to już człowiek w tych palcach czuje) i ostatnimi nocami spędzanymi na placu boju do drugiej nad ranem zdążyłem przed Wielkim Dniem kiedy majstry tynkarze mieli zejść na dół. Pełen dumy pojawiam się na budowie dnia następnego i.. pucha. Majstrów nie ma. Co gorsza, nie ma też ich straszliwej maszyny. Z jednej strony fajnie (uciekli bez płacenia), z drugiej słabo (gdzie ja znajdę na już zastępców), ostatecznie jednak się okazało że to ich straszliwa machina wymiękła i musiała do doktora. Lekko podku*ny (mogła się zdzira rozłożyć kilka dni wcześniej, bym się przynajmniej wysypiał) i nieufny (nie ściemniają aby? wrócą dokończyć?) miałem chwile coby dalsze kroki zaplanować i nieco odespać. Ostatecznie machina wróciła, tynkarze takowoż i jakoś się, z jedynie dwiema pomniejszymi wpadkami, udało tynkowanie zakończyć. Ubożsi o 27 koła (to był największy wydatek w trakcie wykańczania domu) zaczęliśmy się czuć jakby to już był dom. Tynki to plus100 do samopoczucia, dom od razu wygląda lepiej, ale.. człowiek jeszcze nie wiedział jakie to złudne było 🙂 .

Elektryka była gotowa tak jakoś do połowy marca. pod koniec marca z domu wyszli tynkarze. Budynek wyglądał coraz bardziej jak dom, w środku jasno, światło działa, dodatkowo postraszeni plotkami z okolicznych barów i hurtowni elektrycznej (..aaa, panie, bo to chodzom po budowach i kable ze ścian kradnom..’) uzbroiliśmy się w alarm 🙂 i mieliśmy już poważną, samodzielnie wykonaną instalacje trójfazową, pełną odbiorników (wiertarki, oświetlenie, sąsiad zza ściany, rzeczony alarm).. I tylko ten biedny i nieszczęśliwy pojedynczy kabel 1faz od sąsiada-dawcy biegnący do rozdzielnicy, który całość tejże instalacji zasilał 🙂 wyglądał trochę jak chudy koń ciągnący tłustych turystów nad Morskie Oko 🙂 .

Podsumowując – całość elektryki kosztowała nas mniej więcej sześć tysięcy (kable, rozdzielnica, akcesoria do kabli i rozdzielnicy, gniazda i włączniki), versus ~17k które trzeba by było zapłacić komuś kto by to robił. Od razu micha się cieszy 🙂 .

Trzecia faza

15 luty 2020

Jakoś tak w połowie lutego uznałem że trochę lipa tak przy świecach. Czy nawet latarce. Na budowę – poza weekendami – docieram po 18, ciemno jak tu i ówdzie już wtedy jest, czas żeby sobie prądem poświecić. Umowa ze Sprzedającymi zakładała że kwestie organizacji przyłączenia budynku do sieci energetycznej załatwiają jeszcze oni (parę miesięcy oszczędności bez czekania na finalizację zakupu), niemniej jednak prundu nie było nadal (długo trwało zanim się ostatecznie pojawił). W efekcie trzeba było sobie radzić inaczej.

W ramach gry wstępnej przez kilka dni (nocy) po powrocie z budowy czytałem o agregatach prądotwórczych. Wybieranie trwało kolejne parę dni, szukanie opinii i pytanie na wszelkiego rodzaju forach o najwłaściwszy model okazało się zajmujące i zaskakująco czasochłonne. Finalnie, uzbrojony w wiedzę i przekonanie że wiem czego szukam wybrałem się do Castoramy, gdzie sprzedawca taktownie i z klasą – aczkolwiek dobitnie – za pomocą dwóch pytań pokazał mi że nie dorosłem do miana świadomego klienta. Podczas dogrywki kilka dni później nabyłem ostatecznie ochachisuper agregat, jedyne 30 kilo silnika spalinowego marki china dozbrojonego kupą miedzi, pomalowanego na piękny czerwony kolor którego klasę podkreślała nalepa znanej marki. Zawiozłem z dumą wielkie pudło na budowę, przywitałem się z przechodzącym sąsiadem, ten zaciekawiony spojrzał na zziajanego Serwańskiego taszczącego nowy nabytek i w śmiech, ‚..paaanie, no trzeba było od razu..’.

Agregat nie użyty ni razu wrócił do Castoramy, a jego miejsce zajął kabel ziemny 3×2,5 biegnący od altanki sąsiada, przez dwa krzaczki koło stawu do płota, potem przez murek i w dziurkę w ziemi (na naszej działce zakopałem ~15 cm pod ziemię – nieogrodzona, a nuż ktoś by się potknął i na złom sprzedał), potem przez rurę do przyszłego kominka aż do dużego pokoju, i tak przez kilka miesięcy pasożytowałem jedną fazą na sąsiedzie.

Z jedną fazą było super. Koreczki sąsiadowi wyeauem ino raz. Drobny zgrzyt towarzyski pojawił się chwilę po wprowadzeniu się nowych sąsiadów do drugiej połowy bliźniaka – nowy sąsiad przyszedł, zobaczył że mam prund, pozazdrościł, mówi ‚..to ja tu kabelek, a ty mnie podłącz tutaj i też będę miał..’, i tu się zaczyna skomplikowane. Mówię że ja to pewnie i bez problemu i od razu, ale że nie moje to uzgodnię najpierw z dawcą czy można, i jeżeli dawca się zgodzi to od razu.. Dawca (sąsiad), jak wspomniałem że poza jego sąsiadem (mną) chce od niego czerpać także kolejny nowy sąsiad machnął ręką – także drugiego nowego sąsiada my podłączyli do mnie. A skomplikowane się okazało kilka dni później. U sąsiada – dawcy tak naprawdę mieszkają 3 pokolenia; o podaniu prundu dalej rozmawiałem z seniorem, i tenże senior kilka dni później przydreptał zmieszany że kłopot jest bo syn się zdrażnił że podałem prąd dalej do kolejnego sąsiada. Ja oczy wielkie że jak, że rozmawialiśmy przecież że no nie wiem, i tak my ustalili że pójdziemy do średniego sąsiada sprawę wyjaśnić. Żeby nie było że sam i że tylko ja zbiorę opeer potruchtałem do drugiego nowego sąsiada (tego od drugiej połowy bliźniaka), mówię jaka jest sprawa i chodź, przy okazji się przywitasz. Poszlimy stadnie do średniego sąsiada się pokajać że nieporozumienie i.. spodziewałem się awantury, a tu tymczasem miło, gładko i sympatycznie. Dłonie wszyscy sobie uścisnęli i tak to formalnie zaczęlimy ze sobą somsiadować 🙂 .

To jest moment kiedy wszyscy moi 2,5 czytelnika myśleli że dotarli do końca rozdziału. Otóż nie. Żebym nie zapomniał a kiedyś mógł wspominać, dodam że przygody zaczęły się przez tynkarzy, bo ci uznali że jedna faza to dla miękkich faj, oni mają mieć 3faz. I tak w skrócie – Serwański do sąsiada, sąsiad kiwa głową, Serwański do hurtowni po kabel ziemny 5×2,5, po erbetkę i po elektryka (to były jazdy żeby elektryka znaleźć takiego co raczy ruszyć tyłek..) i.. znów z kabelkiem. Tym razem z garażu, przez altankę, dwa krzaczki koło stawu i murek, potem w dziurkę w ziemi i.. aż do rury do przyszłego kominka i do dużego pokoju. Jak już elektrownia w dużym pokoju zaczęła działać, zaczęły się też kłopoty 🙂 .

Sąsiad – dawca ma instalację dosyć starą, jeszcze na aluminium i bezpiecznikach topikowych. Dla mniej oblatanych – to coś jak telefon z tarczą w świecie smartfonów. Dodatkowo bezpieczniki główne (tez topikowe) ktoś schował za pancernymi drzwiami szafki rozdzielczej schowanej w elewacji dwa metry nad ziemią, zabezpieczonymi z kolei plombą energetyki. Różnica względem rozwiązań bardziej współczesnych – poza technologią – to to, ze obecnie bezpiecznik główny jest dostępny dla klienta (nie zabezpieczony plombą), u sąsiada niestety tak nie jest.

Potem to się, panie, działo że hej. Sąsiad biorca podłaczył jakąś nietypową maszynę – zagrzmiało, budynek zadygotał, i chwilę później wpada sąsiad – dawca że mu światło nie działa. Idę do niego zobaczyć i się pokajać i widzę że prund u niego jest – brama mu się właśnie otwiera. Śledztwo wykazało że *ebua jedna z trzech faz. Telefon do elektryka od erbetki, przyjeżdza, zrywa plombę, zagląda do rozdzielni dawcy i w rechot. Wymienił bezpieczniki i mówi, ‚łoooeeeoooo, to panowie sobie kupią takich bezpieczników na zapas’. Pełen złych myśli nabyłem dwa pudełka. Przydały się, przydały.

Później byli rzeczeni tynkarze, wtargali na parter machinę wielkości garkuchni wojskowej i znów: machina pierdła, rykła i przytruchtał sąsiad że mu brama nie działa. Bohatersko wtargnąłem na posesję obok, stękając odsunąłem na bok kutą z żelaza ławeczkę spod szafki rozdzielczej schowanej w elewacji, mężnie się wspiąłem na drabinę i dzielnie zerwawszy plombę wymieniłem bezpieczniki u sąsiada; na szczęście cudo tynkarzy kolejnych bezpieczników już nie żarło. Później kolejna machina u sąsiada biorcy i blackout u sąsiada dawcy. Bohatersko wtargnąłem na posesję obok, stękając odsunąłem na bok kutą z żelaza ławeczkę… wymieniłem bezpieczniki. Przestałem już dzwonić do elektryka coby przyjeżdżał plomby nowe zakładał. Później byli posadzkarze z machiną do szlifowania po wylewkach i u sąsiad znów ciemność widzi.. Bohatersko.. wymieniłem bezpieczniki. Tym razem 3 razy w ciągu godziny, bo posadzkarze twardzi byli, się nie poddawali, a ich machina była chyba nie bardzo i zwarcie jakieś produkowała. Po kolejnej wymianie bezpieczników, mając w rękach puste pudełko, i perspektywę kolejnego odsuwania tej *ebanej kutej z żelaza ławeczki poprosiłem o zaniechanie dalszych prób szlifowania.

W sumie w czasie kariery trójfazy od sąsiada dawcy wymieniłem 12 bezpieczników w jego rozdzielni, przepraszałem ze 30 razy i poznałem sekret samodzielnego otwierania zabezpieczonej domofonem furtki sąsiada (tak był podkur*ony że już nie wychodził otwierać i sam się włamywałem na teren coby bezpieczniki teges). Tynkarze byli 4 tygodnie. Jak tylko zakończyli Serwański szybciutko zdemontował kabel ziemny 5×2,5 i obaj – i ja i sąsiad dawca – w ulgą wróciliśmy do współpracy na poziomie jednej fazy 🙂 . Sąsiada niniejszym pozdrawiam i dziękuję za ogrom zrozumienia i życzliwości 🙂 .

Metaloplastyka

9 luty 2020

Mniej więcej na początku lutego przyjechało żelastwo. Jak już pisałem, dom miał pewne niedoróbki, brakowało mu ściany oddzielającej bliżniaki między połówką naszą a sąsiada – tak od ściany pierwszego piętra do kalenicy. Co chyba oczywiste, podłogi (między piętrem pierwszym a poddaszem) brakowało tam takowoż. Po głębszej dyskusji z portfelem i chęciami, uznałem ze zrobimy pomieszczenie na poddaszu (miejsce na bałagan, czy za parę lat dla mnie 🙂 zawsze się przyda), i zamiast rzeźbić z drewna czy lać żelbet, *bniemy sobie, korzystając z mojej szczątkowej wiedzy niedokończnego ęrzyniera, kratę z dwuteowniczków na którą rzucimy po taniości OSB. Ze względów praktycznych (transport do środka ino z ogrodu via balkon na pięterku), konstrukcja musiałabyć częściowo spawana, a częściowo skręcana, gdzie poszczególne elementy nie mogły przekroczyć określonej szerokości (okno balkonowe) czy ciężaru (całość mieli przez okienko wciągnąć na górę ochotnicy).

Kratę zamówiłem w znajomym składzie stali. Po kilkukrotnych konsultacjach z artystą spawaczem doprecyzowaliśmy detale, i całość dotarła do ogródka. Po rzuceniu hasła na fejsie do ogródka dotarło też pospolite ruszenie, także po apelu na fejsie życzliwi znajomi użyczyli mi do pomocy szeregu żeglarskich lin, bloków i szekli i włala, zaczęło się.

Pospolite ruszenie w ilości głów, o ile pamiętam, ośmiu, solidarnie dysząc, stękając i rzucając mięsem wdygowało mniejszą połowę kraty w górę: najpierw podrzuciło jeden koniec na krawędzi balkonu, po przezwyciężeniu pierwszego kryzysu wciągnęło jeden koniec do pokoju na pięterku, unosząc jednocześnie drugi koniec nad ziemię (tu było już blisko buntu), a następnie: pierwszy koniec na ścianę pierwszego piętra, a drugi, finalnie, do pokoju na pierwszym pięterku. Z taką falą marazmu i zniechęcenia jak wtedy nie spotkałem się od czasów pierwszego kolosa z wytrzymałości materiałów na polibudzie. Ostatecznie, po wykorzystaniu moich rzadkich talentów do perswazji, motywacji i manipulacji, stado podrzuciło drugi koniec, i wciągnęło na dalszą ścianę pierwszy tak, że mniejsza połowa spoczęła na dwóch ścianach. W tym momencie pospolite ruszenie, zgodnie z wielowiekową polską tradycją, rozjechało się do domów po niedokończeniu połowy roboty 🙂 A tak serio – zobowiązany im jestem niemożebnie i niniejszm kolejny raz dziękuję za pomoc 🙂 .

Każdy człowiek prędzej czy później doceni dobry lubrykant. Następnego dnia po ucieczce pospolitego ruszenia, przystąpiwszy do dalszych prac, zauważyłem że żelastwo niechętnie przesuwa się po pustaczkach. Podłożywszy między mur a stal docelowe klocki drewniane (krata leży nie bezpośrednio na cegle, ale na jebutnych podkładach z drewna), uzyskałem poprawę – krata dała się przesuwać nieco sprawniej, niemniej jednak porządny efekt dało dopiero podłożenie, między dechę a żelastwo, podkładek z kupionego na wyprzedaży linoleum spryskanego obficie smarem w aerozolu. Efekt był spektakularny – krata obłożona linami i blokami, poddana próbom przeciągnięcia na murze leżała nieruchomo jak studentka w sobotę rano. Po podłożeniu podkładek z desek, zaparciu się na drabinie, i odpowiednio mocnym pociągnięciu liny krata dygła mniej więcej o tyle o ile dygła by dłoń rzeczonej studentki pokazującej palec. Po dołożeniu do układu spryskanego smarem linoleum, zaparciu się na drabinie i przyłożeniu do liny wektora efekt wyszedł jakby studentka przeniosła się w czasie do piątku wieczorem; krata zrobiła niespodziewanie długi suw a Serwański spier*lił się z drabiny.

Pozbierawszy z ziemi siebie i urażoną dumę, dzięki odpowiedniemu manipulowaniu lubrykantem i pozostałymi elementami układu udało się ułożyć studentkę kratę w pożądanej pozycji. Pozostało czekać na ciąg dalszy pojedynku – czyli kolejny etap pospolitego ruszenia. Tym razem był to dźwig do montażu reklam z obsługą.

Przez telefon wyłuszczyłem szefowi całość detali. ‚Eeeeepaaanie, takie coś to my nosem wciągamy’. Przyjechali na godzinkę, po 4 godzinach ostatecznie, ciężko wkur*ni i ewidentnie pełni urazy do kraty, zebrali się i pojechali, i (kosztem kolejnych 5 stówek) miałem ostatecznie obie studentki kraty na pięterku. Ułożenie ich jak trzeba i poskręcanie, w świetle wcześniejszych przejść i bojów, było przyjemnością.

Kosztem kolejnych złotówek (i pomocy ochotników) udało się uzyskać pewien półprodukt:

a następnie prawieże i omałoco podłogę. Miało to znaczenie o tyle, że po uzyskaniu tego etapu mogłem zakończyć oddzielanie nas od sąsiadów (ta wspomniana wcześniej ściana między bliźniakami).

Ostatecznym produktem zamieszania była prawie że pełnowartościowa podłoga (i drugie piętro), z drobnym felerem – żeby nań przeniknąć nie dało się użyć schodów:

ale trzeba było skorzystać z otworu w łazience. Pomijając ten feler, pięterko prawie natychmiast przyjęło docelową rolę zapychając się niechcianymi na niższych piętrach rzeczami.. 🙂

Wykończenie domu to m.in. prace piłą. I siekierą.

8 luty 2020

Działka jest nieziemska. Zawsze chciałem, podobnie jak Kamila, mieć nie tylko dom, ale też kawałek (spory) działki. I znów, to tak jak z dziećmi – dopóki człowiek nie ma.. 🙂 .

Na działce mamy m.in. dwa zarąbiste dęby. Mój tata jest z wykształcenia leśnikiem, zdziwił się że rosną nieco dziwnie. Gość od wykopków (nieco później), też pracujący przy wycince aż podszedł obejrzeć bo patrząc z daleka nie dowierzał że to dęby. Drzewa super, miejsce na działce idealne pod kątem cienia w lecie, ale.. sąsiad ich chyba nie kocha. Pierwsze pytanie jak się poznaliśmy było ‚..kiedy Pan je wytnie..’, i nieco smutku kiedy Serwański się zdumiał czemu. ‚Paanie, one tylko liście i żołędzie, sam kłopot..!’, no ale nie, zostają i tyle. Ale..! wyjaśniło się też czemu tak dziwnie one tego – otóż rosną blisko granicy z rzeczonym sąsiadem. sąsiad, mając dość liści i żołędzi, regularnie podcinał to co do niego wyłaziło nad linią działki, w efekcie drzewa są nieco płaskie od południa, a dosyć rozstrzelone od północy. Drzewa, cięte z boku, uciekały – jak zrozumiałem – w górę, stąd teraz mamy jedyne w okolicy dęby wysokie zamiast dębów krępych (na obrazku z wykopkami pod rozprowadzenie drenu kanalizacji, ale jak już człowiek oderwie oczy od dziury w ziemi, zobaczy też roślinki w oddali) 🙂 .

Jeszcze jedno drzewo które rosło, również przy granicy, ale znacznie bliżej domu (na obrazku wyżej już go nie ma) nie zidentyfikowałem, było już po prostu suche. Tata okiem fachowca ocenił że podtrute (nacięcia na pniu tuż nad ziemią), i że trzeba je wyrżnąć (przy wiatrach uderzało gałęziami w dachówki. Pełen złych przeczuć, karmiony informacjami z forów internetowych, przez dłuższą chwile rozważałem czy rżnąć na dziko, czy jednak prawilnie..

Kary za samowolne wycięcie są nieziemskie. Procedura zalegalizowania wycinki z kolei potrafi trwać miesiącami. Maleńkie światełko to stan drzewa (suche), i zagrożenie (pochyłe, działka, dzieci, dom, drzewo-morderca i drzewo-niszczyciel). Rozważywszy za i przeciw, wykręciłem numer, odebrała jakaś kobieta. Prosząco-defensywnie zacząłem wyjaśniać ryzyko że drzewo napadnie mi dzieci i dlatego.. Po dłuższej chwili wyjaśnień, kobieta zeznała że może podjechać do mnie za miesiąc i oceni czy można wyrżnąć czy nie. ‚Za mieeesiąaac?.. Bo wie Pani, w dach mi napier*la..’. ‚Dobrze, będę po pracy; będzie Pan po 15-tej?’.

Przyjechała, 234 sekundy to trwało, potwierdziła że suche, zrobiła zdjęcie, powiedziała żeby rżnąc. Nieśmiało zapytałem o jakieś potwierdzenie, ‚nic nie trzeba, jak by sąsiedzi skarżyli że samowolnie to skarga i tak trafi do mnie..’. Tak też my z ojcem przystąpili do wyżynania..

Jak sobie, drogi czytelniku, wyobrazisz że drzewo pochylone tak ze 30 stopni w stronę domu, jakieś 15 metrów wysokie, napadło dwóch amatorów z siekierką po dziadku, ogrodową pilarką do gałęzi z supermarktu i zwojami lin i bloków żeglarskich, to od razu pojmiesz ze łatwo nie było. Pilarka wytrzymała do drugiej gałęzi (szajs, okazało się, miał plastikowe trybiki napędzające łańcuch tnący), obie piły ręczne przestały współpracować dosyć szybko stępione do cna, w końcu po kilku godzinach urżnęlimy górną połowę drzewa, nie rujnując przy okazji ani naszego dachu, ani płotu sąsiada.

Ueani po pachy, wyelimowawszy zagrożenie dla dachu, zrobilimy sobie chwile przerwy. Okazało się że drugi sąsiad miał ubaw – od dłuższego czasu obserwował i słuchał. Jak zobaczył że kino się zamyka to się człowiek zlitował, przytruchtał. przytargał pilarkę spalinową. Pomogę mówi, odpala narzędzie, zawarczało, pierdnęło spaliną, no pełna profeska. Na drabinę wlazł, podnosi narzędzie i.. narzędzie gaśnie. Opuszcza, odpala, podnosi, ono gasnie. Opuszcza, odpala, podnosi, gaśnie. Opuszcza, odpala, podnosi, gaśnie. Opuszcza, odpala, podnosi, gaśnie. Człowiek mimo woli szczękę opuszcza na ziemię, patrzymy z ojcem po sobie i na sąsiada, i co chwila w myśli ‚zgaśnie?..’. Ciągle gasła. Sąsiad z lekka zmieszany, wymamrotał że sprawdzi, zobaczy i potruchtał nazad do siebie. Triumfująca szydera nadal szyderczo stała skosem, aczkolwiek skoro już w dach nie napier*ła.. Uznalimy z ojcem że fajrant, i jak pilarka wróci z naprawy to będzie wersja 2.0 i zrobimy jej ze skosu jesień średniowiecza.

Wersja 2.0 się długo szykowała. Tak ja nie cisnąłem, tak chyba tata też się nie palił (to jednak mordęga była), aż po jakichś dwóch tygodniach z dumą mówi że nabył solidne narzędzie, tym razem nie do gałązek a faktycznie potężną pilarkę do drzewa. Zaopatrzeni w nową zabawę dziarskim krokiem wparowaliśmy na działeczkę i.. rozczarowanie. Znacie to uczucie, nowy rower a to od dwóch tygodni pada. Albo nowa kiecka, a wprowadzili kwarantannę. No albo podchodzicie do połowy suchara z nową pilarką żeby mu pokazać kto tu rządzi a suchara nie ma.

Okazało się że sąsiad, zmusiwszy swoje narzędzie do współpracy, przeniknął na naszą działkę któregoś wieczora i pokazał sucharowi kto tu rządzi. Słowa nie powiedział, nie oczekiwał żadnego dziękuję, ino przyszedł i uziemił. Fajnie mieć sąsiadów 🙂 aczkolwiek pewne uczucie niedosytu pozostało. Nowa pilarka taty do dziś leży w kartonie, ani razu nie użyta. 🙂

..i nagle 200 metrów to mało.

5 lutego 2020

Budynek to parter i pięterko. i coś jakby kawałek strychu, ale to potem o tym. Zaczynając od parteru – projektant miał rozmach, i na stu metrach kwadratowych parteru zmieścił jeden pokój. Łączony z kuchnią. I jadalnią, ale nadal jeden. No i łazienka oczywiście i rodzaj sieni, ale wychodząc z tejże sieni na salony człowiek miał, na całym parterze, do dyspozycji dwie pary drzwi, w tym jedne do łazienki. Coś jak hangar w autoserwisie, tyle że niższy. Jako że z żoną pracujemy głównie z domu, tudzież instytucja ‚gabinetu’ (aka pracowni) jest nam nieobca już w obecnym mieszkaniu, ustalilim coby sobie także w hangarze pracownię pierdyknąć.

Jedyne, poza łazienką, pomieszczenie z drzwiami to – według planów – kuchnia. Padła ofiarą pracowni i poszła precz do salonu. Mój chłodny umysł inżyniera wył (tam nie ma kanalizacji! tam nie ma kanału wentylacyjnego!), niemniej jednak udało się rozwiązać oba problemy.

Co do kanalizacji – za jedyne …ćet znalazła się ekipa z ciężkim sprzętem która wycięła koryto w chudziaku i rurę z kanalizacją my ze szwagrem pierdykli do nowej kuchni.

Co do wentylacji – z kanałami wentylacyjnymi okazało się że nie ma ich ani w kuchni ‚planowej’, ani w przyszłej. Co by wyjaśnić – majstry jak składali budynek to poprowadzili wentylację z pustaczków wentylacyjnych jak należy (chwała im za to) tak dla kuchni jak i jadalni (kuchnia i jadalnia mają wspólną ścianę), tyle że piętro później cieślowie *ebli na tych pustaczkach, tak idealnie równiutko, murłatę, skutecznie uniemożliwiając wykorzystanie tychże pustaczków. Jak już cieślowie wykastrowali kanały wentylacyjne, tak już dekarze nie sklecili kominków na połacią dachową i.. wentylacja z kuchni ‚planowej’ kończy się w ścianie pokoju na pierwszym piętrze. Mamy remis. Skoro wentylacji nie ma ani tu ani tam, a kanalizację my już tego, to możemy kuchnie przenosić.

I tak to z wielkiego openspejsa w modernistym stylu cegła plus beton..

..po rozprowadzeniu elektryki (po taniości, do dziś mi strzyka od tego prowadzenia) i tynków (to już ekipą zawodowców)..

..mamy coś co lada chwila będzie prawdziwą kuchnią. I pomyśleć że zaczęło się od rury..