Estę elektrykę. I majstry tynkarze.

Druga połowa lutego 2020. Jakoś tak.

Człowiek tak ma. Czegoś mu brak, dostanie to coś, przez 2545 sekund jest najszczęśliwszy na świecie, po czym znów zaczyna uwierać że jednak.. czegoś brak. Jak już prund od somsiada się u nas pojawił, i człowiek prawie ze szczęścia płakał że sikać do wiaderka już może bez trzymania latarki, przyszedł czas że drażnić zaczęły te wszystkie przedłużacze i prowizorki.

Budżet jeszcze pokaźny, człowiek – leniwy – zaczął się dowiadywać co i ile. A nuż ktoś to zrobi. Po pierwszej wycenie Serwański zbladł, druga – bardzo na oko, od znajomego (pozdrawiamy Piotra G.) – sprawiła że wytrzeźwiał i stało się jasne że tego. Samodzielnie. 15 koła jako cena okazyjna okazało się nie do przełknięcia dla portfela i, chcąc nie chcąc, trzeba było na zakupy.

Tok myślenia był dosyć prosty – najtańszy projektant będzie chciał ze 2 koła za projekt instalacji a znajomy elektryk wspomniał że z 15 trzeba będzie wyłożyć na prostą instalację (materiały i robociznę). 17 tysi jak obszył. Z drugiej strony ta świadomość.. prądu uczą w zawodówkach. Kurs dający możliwość robienia instalacji i stemplowania papierów to parę setek i kilka godzin, ba..! w czasach zarazy można go już online zrobić..! Czyli nie może to być skomplikowane. Suma summarum Serwański wziął mazak, przeszedł się po domu, pozaznaczał gdzie gniazdo, gdzie włącznik, gdzie żarówki, gdzie rozdzielnica i – po konsultacjach ze znajomym elektrykiem jakie kupić – pojechał po kabelki.

Robota szła dzień i noc. A co.

Głównie noc, dzień to tylko w weekendy 🙂 ale tak jakoś po trzech dniach uznałem że było warto, po jakimś tygodniu góra (pięterko) była gotowa.

Nieocenioną pomocą okazał się mąż przyjaciółki żony (pozdrawiamy Romana M.), nie tylko ze względu na wkład w robotę, ale jako czynnik psychologiczny. Szarpanie kabli w te i nazad, w lutym, przy 5 stopniach i po ciemku jest znacznie mniej depresyjne kiedy na obiekcie jest ktoś poza tobą 🙂 .

Nieco weselej na obiekcie zaczęło się robić pod koniec lutego – weszli tynkarze. Tynkarze zaczęli od pięterka, i mielimy na zakładkę: tam gdzie elektryka już leżała na ścianach (pięterko) kładli tynki, a zziajany Serwański w tym czasie zasuwał z kablowaniem dołu żeby – jak majster tynkarz zastrzegał – broń panie nie okazało się że oni skończą górę, a dół do tynkowania nie będzie gotów. Kosztem depresji żony (sama z trójką dzieci bo mąż się szlaja po nocach), obolałych paluchów (parę metrów kabla powyginać i przybić do ściany to pikuś, ale tak z 800 metrów to już człowiek w tych palcach czuje) i ostatnimi nocami spędzanymi na placu boju do drugiej nad ranem zdążyłem przed Wielkim Dniem kiedy majstry tynkarze mieli zejść na dół. Pełen dumy pojawiam się na budowie dnia następnego i.. pucha. Majstrów nie ma. Co gorsza, nie ma też ich straszliwej maszyny. Z jednej strony fajnie (uciekli bez płacenia), z drugiej słabo (gdzie ja znajdę na już zastępców), ostatecznie jednak się okazało że to ich straszliwa machina wymiękła i musiała do doktora. Lekko podku*ny (mogła się zdzira rozłożyć kilka dni wcześniej, bym się przynajmniej wysypiał) i nieufny (nie ściemniają aby? wrócą dokończyć?) miałem chwile coby dalsze kroki zaplanować i nieco odespać. Ostatecznie machina wróciła, tynkarze takowoż i jakoś się, z jedynie dwiema pomniejszymi wpadkami, udało tynkowanie zakończyć. Ubożsi o 27 koła (to był największy wydatek w trakcie wykańczania domu) zaczęliśmy się czuć jakby to już był dom. Tynki to plus100 do samopoczucia, dom od razu wygląda lepiej, ale.. człowiek jeszcze nie wiedział jakie to złudne było 🙂 .

Elektryka była gotowa tak jakoś do połowy marca. pod koniec marca z domu wyszli tynkarze. Budynek wyglądał coraz bardziej jak dom, w środku jasno, światło działa, dodatkowo postraszeni plotkami z okolicznych barów i hurtowni elektrycznej (..aaa, panie, bo to chodzom po budowach i kable ze ścian kradnom..’) uzbroiliśmy się w alarm 🙂 i mieliśmy już poważną, samodzielnie wykonaną instalacje trójfazową, pełną odbiorników (wiertarki, oświetlenie, sąsiad zza ściany, rzeczony alarm).. I tylko ten biedny i nieszczęśliwy pojedynczy kabel 1faz od sąsiada-dawcy biegnący do rozdzielnicy, który całość tejże instalacji zasilał 🙂 wyglądał trochę jak chudy koń ciągnący tłustych turystów nad Morskie Oko 🙂 .

Podsumowując – całość elektryki kosztowała nas mniej więcej sześć tysięcy (kable, rozdzielnica, akcesoria do kabli i rozdzielnicy, gniazda i włączniki), versus ~17k które trzeba by było zapłacić komuś kto by to robił. Od razu micha się cieszy 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *